niedziela, 17 sierpnia 2014

Błysk, Grzmot..

Po ugryzieniu przez małą istotkę Kaśki nie udało się uratować. Chciałam utrzymać ją jak najdłużej przy życiu. Po kilku minutach straciła przytomność. Kiedy się obudziła, była już szwendaczem. Mogliśmy zostawić ją przy życiu, żeby na niej pracować. Nawet tego chciała, ale nie mogłabym pracować na swojej bliskiej koleżance z pracy. Pracy już nie ma. Świata już nie ma. Są tylko okropne szwendacze. 
**
-Agnieszko?
-Tak?
-Musimy coś zrobić z Kasią. Nie możemy jej tutaj trzymać. Wiem, że wbiliśmy jej nóż w skroń, już się nie obudzi, ale mimo to, trzymanie jej w kostnicy jest bez sensu. Z drugiej strony, nie  wyobrażam sobie "wypuszczenia" jej do innych szwendaczy. One na naszych oczach by ją zjadły.
-Tak masz racje. Musimy ją pochować. Na dziedzińcu, wykopmy grób i tam ją pochowamy. Musimy zachować choć trochę człowieczeństwa.
-Dobrze, zaraz z chłopakami wykopiemy dół. Jak się trzymasz? 
-Kochanie.. straciłam bliską mi osobę.. Jak mogę się czuć? Mam wrażenie, że to wszystko moja wina. To ja się uparłam, żeby uratować to dziecko. Siedziałam z nią wiele godzin i nic mi nie zrobiła. Dlaczego ugryzła Kasię? 
-Nie wiem.. Wiem tylko, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Jesteś nam potrzebna. Dlatego.. zostałaś. 
-Zwołaj zebranie w naszym pokoju. Pora wziąć się do roboty. 

Straciłam całą energię. Jeszcze kilka dni temu byłam pewna, że uda nam się coś zrobić dzięki małej istotce. Myślałam, że uda mi się.. sama nie wiem co. Na pokonanie apokalipsy potrzeba czasu, badań. Nie wiadomo jak długo wytrzymamy.. Niedługo jedzenie z pobliskich sklepów się skończy. Dalsze podróże są całkowicie bez sensu. Nie można narażać ludzi na coś takiego. Grupa jest coraz mniejsza. Dobrze chociaż, że została jeszcze jedna kobieta. 
Dlaczego uznali mnie za swojego przywódcę? Przecież, jestem tak samo wykształcona jak oni. Nie powinnam być przywódcą. Nie mogę dowodzić. Jestem wrakiem człowieka.. Nie mogę..

-Witajcie Kochani.. Została nas mała grupa. Każde z nas uciekło przed śmiercią. Straciliśmy Kasię. Musimy ją należycie pochować. Musimy zrobić to jeszcze dziś przed zmrokiem. 
-Wszyscy tego chcemy Kochanie. Razem z Tomkiem i Mariuszem weźmiemy łopaty z piwnicy i wykopiemy odpowiedni grób. Będziemy się nawzajem pilnować i odciągać grupę szwendaczy. Ostatnio jest ich mniej na dziedzińcu, ale wszystko może zwrócić ich uwagę.
-Dziękuję wam. Kolejna sprawa.. Co mamy zrobić z małą istotką? Zostawiliśmy ją w lodówce numer 5. W tej, w której wcześniej był mały szwendacz, który zaatakował Mariusza.
-Mały skurczybyk- odparł Mariusz 
-Tak jak mówiłam. Nikt do niej nie zaglądał od śmierci Kasi. Utrzymujemy ją przy życiu? Czy pozbywamy tak jak innych?
-Z jednej strony łatwiej byłoby nam ją badać, bo ona zaraziła się tym od własnej matki. Przeżyła ciąże. Nadal pobierała składniki. Ma wykształcone serce, płuca, a nawet surfaktant. Mimo porodu była w lekkiej śpiączce i niestety obudziła się w złym momencie, szczególnie dla Kasi. Niestety nigdy nie dowiemy się, co wydarzyło się tam na dole..
-A kamery?
-Co?
-Czy w kostnicach macie kamery?
-Oczywiście, że mamy tylko, że jakbyś nie zauważył takie rzeczy od dawna nie działają. Zapasowe zasilanie nie wystarczy na długo, a wtedy będziemy żyć w całkowitej ciemności.
-Fakt, cholera nie mogę się przyzwyczaić, że takie udogodnienia już dawno nie działają.. 

Rozmowa toczyła się dalej. Każdy wypowiedział swoje zdanie na temat małej istotki. Nikt nie był pewny swoich poglądów. Przecież to małe dziecko.. Inaczej patrzysz na szwendacza, który jest dzieckiem.. Ciężej jest go zabić.. unieszkodliwić.

-Dobrze, sprawę małej istotki dokończymy potem. Teraz chciałabym powiedzieć wam coś bardzo ważnego
-Słuchamy..
-Kochanie?
-Daj mi skończyć.. 

Sławek patrzył na mnie wzrokiem pełnym dumy z jednej strony, a  z drugiej widziałam jak bardzo jest udręczony. Jak sytuacja go przerasta. 

-Chciałabym, przestać być waszym przywódcą. Wiem, że nigdy nie dostałam takiego odznaczenia od was, ale tak się czuję. Nie potrafię nam pomóc. Obecnie czuje, że mogłabym nam tylko zaszkodzić. Nie mogę wam/ nam pomóc..
-Agnieszko, co Ty wygadujesz! Jesteś najlepszym przywódcą, jakiego mogliśmy mieć. Myślisz, że ja mogłabym być na Twoim miejscu? Już dawno byśmy zginęli, a Ty zawsze masz pomysł. Działasz szybko..
-Też tak uważam, jesteś ogromnie inteligentną kobietą. Wtedy kiedy opowiadałaś historię o kuru, a ja wróciłem cały zakrwawiony, jako jedyna przybiegłaś, żeby opatrzyć moje rany, których nie miałem, ale widziałem w oczach Elki i Kaśki ogromne przerażenie..
-Mariusz.. nie przesadzaj..
-Ale on ma racje. Wszyscy dobrze wiecie, że nie miałem tutaj super funkcji. Byłem zwykłym nosicielem od jednego laboratorium do drugiego. To prawda czegoś się nauczyłem, ale to tylko dzięki Tobie. To Ty uważałaś, że mam talent i kiedy nikt nie patrzył uczyłaś mnie podstaw patologii i przeprowadzania badań.. Jestem Ci za to wdzięczny.

Nie mogłam uwierzyć w to co słyszałam. Każde z osobna mówiło jak bardzo im zależy na mnie i jak bardzo przyczyniłam się do tego, że żyją.. Ale mój mąż..
-Kochanie.. gdyby nie Ty.. nie byłoby mnie tutaj. Kiedy wybuchła apokalipsa nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Czy jechać do domu czy do Ciebie, czy Franka trzeba odebrać z przedszkola. Nie miałem zielonego pojęcia. Siedziałem w samochodzie i patrzyłem na gryzących się ludzi. Dopiero Twój telefon obudził we mnie bohatera.. Wiedziałem co mam zrobić..

-Chcecie mi powiedzieć, że nadal mam być waszym "przywódcą"? Nie czuję się na siłach.. 
-To może bądźmy wszyscy razem, jako jedna grupa. A jak już dojdziesz do siebie to się zastanowimy. Strata Kaśki to ogromna rzecz, ale może być gorzej.. 

Ela jak zawsze miała racje. Najważniejsze teraz było utrzymanie się przy życiu. Nic więcej nie można zrobić.

-Dobrze.. jak pochowamy Kasię to zaczniemy badania nad małą istotką
-Jesteś pewna?- zapytał Tomek
-Nie.. ale nie mogę siedzieć z założonymi rękami. 

***

Podczas apokalipsy przeprowadzenie pogrzebu wcale nie jest łatwą rzeczą. Ogrodzenie wokół laboratorium już dawno zostało przerwane. Szwendacze przechodziły jak gdyby nic się nie stało. 
-Pochowajmy ją tutaj, blisko lab, myślę, że z najwyższego piętra będzie widać. Nie będzie trzeba wychodzić na zewnątrz.
Sławek razem z Tomkiem kopali dół, do którego za chwilę złożymy ciało Kasi. Mariusz starał się bezgłośnie zabijać szwendaczy, którzy chcieli przeszkodzić w całej uroczystości. Razem z Elą starałyśmy się przygotować mentalnie do tego zdarzenia. 
-Powinnyśmy złożyć z nią coś, ważnego dla niej. Może jej tego brakować.
-Ale co?
-Może stetoskop?
-Myślisz, że obrazi się jak jej damy ten popsuty?
-Myślę, że nie.

Stetoskop z uszkodzoną głowicą włożyłam do kieszeni, żeby wrzucić go do grobu. Jeszcze trzeba było owinąć Kasię w jakieś prześcieradło, żeby nie kłaść jej bez niczego. 
Po kilku chwilach wszystko było przygotowane. 
Jak na zawołanie zerwał się wiatr. Szwendaczy bardzo to denerwowało, nie potrafiły iść pod wiatr.. Co chwila się przewracały, ale to dało nam chwilę do przeżycia odpowiednio tej chwili.. Mój mąż położył Kasię w grobie i już po chwili zaczęli ją zakopywać. W ostatniej chwili przypomniało mi się, że miałam włożyć stetoskop. Nie mogłam powstrzymać łez.. Podczas apokalipsy śmierć bliskiej osoby to dopiero początek.. 
Na niebie pojawiało się coraz więcej chmur. Zaczynało kropić. Chłopcy szybciej zakopywali grób. Pozostało jeszcze wbicie krzyża, niech bóg ma ją w opiece. Bóg? On by na to nie pozwolił. 

-To już chyba wszystko, wracajmy do środka.

Sławek przytulił mnie mocno i ruszyliśmy do laboratorium. Po drodze zabijając kilka upartych szwendaczy. Jak gdyby nigdy nic. Kiedy weszliśmy do laboratorium już porządnie padało. Nagle usłyszeliśmy grzmot. Okropny grzmot. Zatrzęsła się ziemia.. Przez okna widzieliśmy przeraźliwe błyskawice. Na przemian różowe, niebieskie, białe.. Jesteśmy bezpieczny prawda? Przecież nic nie może się stać. 
Poszłam do naszego centrum dowodzenia, wcześniej zostawiłam tam śpiącego Franka. 
Moje serce zaczęło bić szybciej. Nie było go na łóżeczku..
-Franek! Gdzie jesteś? Franek!
-Kochanie co się stało?
-Nie ma go.. Nie ma Franka
Zalewałam się łzami. Serce waliło mi jak oszalałe. Nigdzie nie było mojego synka. Nigdzie.. 
Błysk
Grzmot
-Spokojnie, przecież nic mu się nie stało. Może poszedł do łazienki
Błysk
Grzmot
Ciemność. Padło zasilanie..

-F R A N E K ! 


********
  :* dla was drodzy czytelnicy :)

niedziela, 3 sierpnia 2014

Mama


-Czy domyślacie się gdzie jesteście?

-Nie bardzo, bo mam worek na twarzy!
-Lidia, jak zawsze bardzo drapieżna, a może Ty Marcin?
-Skąd znasz nasze imiona?!
-Chłopcy, proszę zdejmijcie naszym przyjaciołom worki.
Najgorsze uczucie jakiego można doświadczyć to przebywanie w ciemnym nieprzepuszczającym światła worku, a następnie zdjęcie go, co skutkuje dotarciem światła do oczu z każdej strony... Ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Znajdowaliśmy się tak jakby na balkonie, z drucianą siatką przy balustradzie, było wietrznie..
-Cholera czy to Pałac Kultury?
-Ależ panienka bystra, nie spodziewałem się.
-Grzeczniej proszę!
-Marcin uspokój się, wszystko ok.
-Zdobywacie dodatkowe punkty za przebiegłość, a teraz chyba pora żebym przedstawił wam osobę, która jest głównie odpowiedzialna za całe to uprowadzenie.
Wtedy na taras widokowy wszedł profesor JAN.


Wyglądał dużo gorzej niż go zapamiętałam. Zawsze miał nienagannie uprasowany garnitur, krawat w różnych odcieniach granatu i błyszczące czarne pantofle. Jednakże podczas apokalipsy jego strój zmienił się diametralnie. Spodnie od garnituru zastąpił sztruksowymi spodniami, koszula zmieniła się w zwykłą koszulkę polo, bez marynarki, bez krawata, bez pantofli. Profesor Jan jakiego nigdy nie było mi okazji spotkać. Mimo wszystko wyglądał bardzo świeżo i co od razu zwróciło moją uwagę, miał krótko przystrzyżoną brodę, której nigdy wcześniej nie zapuszczał. Zbliżał się do nas bardzo powoli, jak gdyby miał problem z robieniem choćby najmniejszego kroku. 
-Myślę, że nie spodziewaliście się mnie, ani całej tej akcji z porwaniem?
-Muszę przyznać, że wszystko stało się tak szybko, że  nawet nie zdążyłam wziąć Cię pod uwagę
-Nie pamiętam, żebyśmy przechodzili na TY. Grzeczniej proszę panno Lidio. 
-Chyba nie uważasz, że będziemy zwracali się do Ciebie per pan po tym wszystkim co zrobiłeś?
-Marcin, Marcin, Marcin, jak zwykle.. pełen odwagi, uczucia. Każdy dobrze wiedział, że miałeś ochotę na naszą młodą biolożkę. Widzę, że Ci się udało! 
-Kurwa.. nie Twój interes, w kim pokładam swoje uczucia. Nie powinno Cię to wcale interesować!

Nawet nie wiem kiedy Marcin wstał i kierował się w stronę Jana. Oczywiście wszyscy jego podopieczni byli szybsi i już za chwilę Marcin leżał na podłodze. Ludzie Jana byli wyszkoleni niczym wojskowi. Nawet nie wiem kiedy zaaplikowali Marcinowi usypiająca miksturę. Przez najbliższe dwie godziny, muszę liczyć wyłącznie na siebie. 

-Skoro jesteśmy sami, nie licząc wszystkich moich pracowników, możemy sobie trochę porozmawiać o Twojej roli w całej tej apokalipsie. Muszę przyznać, że gdybyś podała mi wcześniej lepsze argumenty, to może zrezygnowałbym z aplikacji tej szczepionki. 
-Wątpię. Miałeś głęboko w dupie to co mówię. Dla Ciebie liczył się tylko rozgłos. No i co? Masz swój rozgłos. 
-Zamknij się, kiedy do Ciebie mówię! Masz milczeć! Nie po to śledziłem Cię tym pieprzonym czołgiem, żebyś mi teraz odwalała głupoty.
-A więc czołg był Twój?

Wtedy uderzył mnie w twarz po raz pierwszy. Uderzył z całej siły. Tylko dlatego, że zadałam mu pytanie podczas jego monologu. Ile razy było tak wcześniej podczas naszych rozmów w laboratorium. Cholera już wtedy na pewno świerzbiły go ręce, ale się powstrzymywał bo obowiązywało go prawo.

-Jak będziesz grzeczna już nigdy więcej tego nie zrobię. Jesteś zbyt piękna, żeby obijać Ci twarzyczkę. To na czym to ja skończyłem? Ah tak, moi ludzie śledzili Cię moim cudownym czołgiem, który wziąłem sobie od naszego wojska. Prezydent trochę się przeciwstawiał, ale moi ludzie się nim zajęli.
-Zabiłeś prezydenta?

I znowu to samo.. Tym razem uderzył mnie dużo mocniej.. Cholera! Skąd on bierze siłę na to?

-Kurwa Lidia! Pytania będą później. Nie nauczyli Cię na tych Twoich studiach żeby nie przerywać prowadzącemu.
Wiem, że chciał mnie upokorzyć przy wszystkich i sprowokować do wygłoszenia odpowiedzi, ale tym razem milczałam. Nie chciałam dostać jeszcze raz w obolały policzek.

-Grzeczna dziewczynka. Daj mi skończyć, a potem powiesz co Ci ślina na język przyniesie. Otóż śledziliśmy Cię czołgiem i cholera jasna dobrze się ukrywałaś, albo moi ludzie są idiotami. Dwóch już skończyło swój żywot, przez to, że Cię zgubili. Cholera jasna, dali się wykiwać młodej biolożce. Przecież dobrze wiem, że nie byłaś zbyt zorientowana w terenie, a co dopiero na życiu. Przecież Twoje życie opierało się tylko na tym pieprzonym laboratorium. Żadnego faceta, dziecka, rodziny. Byłaś jedną wielką porażką, ale muszę przyznać, że wiedziałaś całkiem sporo. Wyciągałaś wnioski. Gdyby nie Ty, pewnie nikt nie zrozumiałby co przygotowujemy w laboratoriach. Oczywiście szczepionki miały iść do pewnej grupy osób, która umożliwiłaby mi objęcie rządów w tym kraju. Moja droga, nie rób takich oczu. Prezydent i tak by umarł i tak. Wciąż jako zakładnika mamy jego żonę. Biedna nadal myśli, że jej mężulek żyje. Kiedyś przyjdzie taki moment, że będzie trzeba przekazać jej złe wieści. Tylko wiesz co odkryliśmy? Ah no tak, nie mówisz. Odkryliśmy, że nie ważne jak człowiek zginie i tak zamienia się w to bezmyślne zombie. Coś zrobiliśmy nie tak.. Bo przeniosło się na wszystkich ludzi, nie tylko tych zarażonych. Tylko, że ja wiem czyja to wina. Twój chłopaczek stwierdził, że uda mu się mnie pokonać i zrobił najgorszą głupotę świata. Rozpylił szczepionkę, choć myślał, że to antidotum. Dobrze to może masz jakieś pytania?
-Kilka... 
-Zamieniam się w słuch. 

*****

-Kamil, do cholery co Ty robisz? Dlaczego uciekamy? Dlaczego nie czekamy na Rafała? Nie możemy tak postąpić!
-Proszę, Saro, uwierz mi, że mam powód dla którego nie możemy poczekać na Rafała. 
-Chce to zobaczyć. Nie interesuje mnie to. Pokaż mi to! 
-Co ma Ci pokazać? Gdzie się wybieracie?
-Rafał?

I tyle by było z mojego planu. Moja siostra zbyt długo się opierała.. A teraz jak mam nie wyjawiać mu, że widziałem go podczas robienia sobie dobrze ze szwendaczką? Cholera!

-Rafał, widziałem dość dużą hordę szwendaczy, dlatego musimy stąd uciekać. Miałem nadzieję, że spotkamy Cię po drodze.
-Jasne.. Byłem w pobliskiej aptece i wziąłem kilka potrzebnych rzeczy. Plaster, bandaż, może nam się przydadzą podczas całej podróży.
-Dobrze bracie, to teraz w drogę.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że moja siostra na sam widok Rafała, dostawała energii i była pełna życia. Cholera! Mam nadzieję, że nie zakochała się w tym facecie. Jak mam jej wytłumaczyć, że z nim coś jest nie tak. Muszę jej pilnować nocami. Możliwe, że podobają mu się tylko szwendaczki, ale na żywą istotkę nie spojrzy. Cholera, a może podniecają go trupy?

******
-Pierwsze pytanie jakie mam dla Ciebie to dlaczego mnie szukasz? Drugie czemu podmieniłeś fiolki i pozwoliłeś Marcinowi rozpylić antidotum, które było szczepionką?, a po trzecie
-Spokój, spokój. Nie zadawaj mi za dużo pytań na raz bo to już nie ten wiek i zapomnę pierwszych trzech.
-Dobrze, najpierw te dwa.
-Sprawa jest dość prosta. Brałaś udział przy powstawaniu tej szczepionki dlatego powinnaś brać udział w szukaniu antidotum, dla całego świata. Wiadomo chciałem uzyskać władzę nad światem, ale nie w taki sposób. Obecnie nie mogę władać nikim. No dobrze, może waszą dwójką, ale z całym szacunkiem nie interesuje mnie to. Drugie pytanie było o fiolki. Wiesz, akurat podsłuchałem rozmowę Marcina i tego pomocnika od wentylatorów. Sprawa jest prosta. Stwierdziłem, że w ten sposób szybciej moja szczepionka dostanie się do ważnych osób w naszym kraju. Markery były nastawione na konkretną grupę krwi, akurat tak się składa, że większość pomocników  prezydenta ma tą samą grupę krwi. Nie wiem czy to był celowy zabieg.. Działania Marcina bardzo by mi pomogły. Choć wiem, że narażałem dużą grupę osób. Tylko nie wiem dlaczego szczepionka zaczęła atakować inne osoby, z inną grupą krwi.
-Trzecie pytanie.. dlaczego Pałac Kultury?
-Oh, to bardzo proste. Jesteśmy na najwyższym piętrze. Zablokowaliśmy windy, a w sumie zrobiło to wojsko przed nami. Wszyscy, którym nie udało się uciec już dawno zamienili się w szwendaczy. Drzwi na samym dole są otwarte, więc każdy mógł tutaj wejść i wyjść. Do nas na taras widokowy można dostać się tylko poprzez liny, którymi dostałaś się Ty ze swoim kochasiem. Wszystko jest odpowiednio zabezpieczone. Po prostu jesteśmy bezpieczni. Na razie szwendacze nie potrafią skakać wyżej niż jak potrafiły ich ciała wcześniej.
-Jak to?
-Prosta sprawa. Szwendacz ma cechy ciała swojego właściciela. Po prostu jak Ty byś stała się szwendaczką umiałabyś skakać tylko na wysokość pół metra. Myślę, też że szwendacze mają cień pozostałości swoich umiejętności. Dlatego niektóre wsiadają do samochodów, choć nie potrafią ich obsłużyć.
-Nigdy czegoś takiego nie widziałam.. 
-Bo dotyczy to tylko kilku szwendaczy. Jestem pewny, że widziałaś tylko nie zwróciłaś uwagi. Dobra jeszcze jakieś pytania?
-Jedno, a w sumie dwa. 
-Dajesz 
-Gdzie mamy pracować i co jeśli odmówię?
-Moi ludzie będą transportować was do tajnego laboratorium, które znajduje się pod Pałacem Prezydenckim. W pobliskim szpitalu jest grupa naukowców, która sama zabarykadowała się w swoim laboratorium i starają się coś wymyślić. Staram się z nimi skontaktować, ale nie chce ich wystraszyć. Dlatego będziesz nam potrzebna. Przed Twoimi badaniami będziesz musiała się zgubić i poudawać, że potrzebujesz ich pomocy, a w odpowiednim momencie my wkroczymy. A jeśli chodzi o Twoją odmowę, to raczej nie wchodzi w grę. Zapomniałem Ci przedstawić kogoś..
Nie miałam pojęcia o kim mówi. Byłam pewna, że zaraz wyjdzie Sara, albo Kamil, ale... Ludzie Jana przyprowadzili moją mamę. Kobietę, której nie mieszałam w moje życie naukowe. Każdemu w pracy mówiłam, że moi rodzice umarli.. A tutaj ona? Jak on do niej dotarł..
-Zostaw moją mamę! 
-Zastanów się  czy chcesz odmówić, bo dosłownie przed chwilą podaliśmy jej szczepionkę. Jednakże żeby mieć z Ciebie pożytek trochę ją zmodyfikowałem. Myślę, że masz dwa tygodnie, kiedy nagle wszystkie objawy uderzą. Nie będzie dla Twojej mamy ratunku, jeśli sama go nie stworzysz.. Myślę, że właśnie się dogadaliśmy. Zaczynasz od jutra
-Dobrze, ale nie chce żadnych obcych ludzi. Tylko ja i Marcin. 
-Jak sobie życzysz złotko...


*****
Dziękuję, dziękuję :) Wiem, że posty są rzadziej niż obiecywałam.. Staram się jak mogę :) 

niedziela, 20 lipca 2014

Obiekt chroniony

Od naszego rozdzielenia z Lidią i Marcinem minęły trzy tygodnie. Podróżujemy bardzo powoli w trójkę. Ja, Sara i Rafał. Nie bardzo ufam temu typowi. Wieczorami wybywa na przeszukiwanie mieszkań. Niby ma nam to pomóc. Ma dostarczyć pożywienia, ale jak dla mnie ten człowiek jest dziwny. Kierujemy się do centrum. Będąc w jednym z mieszkań na ścianie zobaczyliśmy napis jednej z grup. Podobno jest tam bezpiecznie i można uzyskać schronienie. W sumie nie dziwota, że miejscem spotkań jest Pałac Kultury, wiedzą o nim nawet przyjezdni, którzy znaleźli się w mieście przez przypadek. 
Od kilku dni mieszkamy w trzy pokojowym mieszkaniu na Woli. Postanowiliśmy nie przechodzić przez Bemowo. Rafał twierdzi, że był tam jakiś czas i zostało doszczętnie opanowane przez szwendaczy. Wydawałoby się to dziwne, że podróż z jednej dzielnicy Warszawy do drugiej zajmuje tak dużo czasu, ale ulice są tak strasznie pozastawiane przez autobusy, samochody, wykolejone tramwaje. Bardzo ciężko podróżuje się po takich ulicach, a do tego wszędzie można spotkać hordy szwendaczy. Jakby nie mogło nas spotkać to wszystko w mniejszej miejscowości. Warszawa przed apokalipsą liczyła około 2 milionów mieszkańców.. Jak chociaż 1/4 z nich jest teraz szwendaczami to już wiecie dlaczego tak ciężko się podróżuje. Ci co żyją też nie ułatwiają zadania. Zdarza im się wychodzić przed swoje kryjówki i żądać jedzenia za możliwość przejścia obok ich bloku mieszkalnego. Często grupa łysych dresów wylatuje pełna żądzy do mojej siostry, ale jak na razie razem z Rafałem dajemy radę ją uchronić przed tym wszystkim. Dlatego najlepiej podróżować wieczorami, nocą. Jesteśmy bardziej widoczni przez latarki, ale szwendacze w nocy nie są aż tak agresywni. 
-Kamil?
-Tak, siostrzyczko?
-Gdzie Rafał?
-Tam gdzie zwykle.. na swoich poszukiwaniach
-Pójdę mu pomóc
-O nie! Nie wiemy gdzie poszedł. Poczekamy na niego w środku. 

Widziałem, że wcale jej się to nie podobało. Odkąd przyłączył się do nas Rafał była jakaś nieobecna. Często zamyślała się, kilka razy musiałem ratować ją przed nadchodzącym szwendaczem bo wyglądało jakby wcale go nie widziała. Zmizerniała ostatnio, wszystko przez brak dobrego jedzenia. Spodnie musiała zawiesić na szelkach, żeby nie spadały jej podczas uciekania. Jej twarz nie miała tylu kolorów co zawsze. Zastanawiałem się czy mogę jej jakoś pomóc. Może brakuje jej jakichś lekarstw..
-Saro.. Czy nic Ci nie dolega? Nie boli Cię nic?
-Nie.. wszystko ok. Ostatnio tylko trochę brakuje mi sił to wszystko.
-Może skoczę do apteki co? Może jeszcze coś tam zostało.. Przyniosę Ci witaminy, może jeszcze wszystkiego nie wybrali.
-Może to nie jest wcale taki głupi pomysł, ale może poczekaj aż wróci Rafał?
-Nie wiemy kiedy to nastąpi. Za chwilę wyjdę. Tylko obiecaj mi, że będziesz uważała na siebie! 
-Tak, tak braciszku. Jestem już duża. 

Chwyciłem swoją czarną bluzę, która należała kiedyś do właściciela tego mieszkania. Dzięki zawartości szafy będziemy mogli wziąć kilka nowych ubrań, przydadzą się w dalszej podróży. Niedługo przyjdzie zima, więc musimy zacząć zabezpieczać się w kurtki zimowe i swetry. Zmieniłem spodnie na bardziej wygodne do tego typu operacji. Założyłem czarną czapkę i byłem gotowy. Do kieszeni schowałem rozkładany nóż. Wystarczy wciśnięcie jednego guzika i mogę uderzać w puste czaszki szwendaczy. Do plecaka wrzuciłem kawałek sznurka, gdyby trzeba było stworzyć małą pułapkę na szwendaczy, nic więcej nie potrzebowałem. Musiałem wrócić z pełnym plecakiem a nie z takim wyjść na poszukiwania. W okolicy naszego bloku znajdują się dwie apteki, powinienem zajrzeć do każdej z nich. Obstawiam, że większość leków zaginęła, ale może uda mi się znaleźć coś potrzebnego. Pocałowałem w czoło moją siostrę, upewniłem się, że dobrze zabezpieczyła drzwi i wyszedłem na poszukiwania leków. 

Nasze obecne mieszkanie mieściło się na piątym piętrze, 10 piętrowego bloku. Tak się składa, że pozostałe piętra zostały zablokowane przez kraty. Nie mieliśmy klucza, więc nie mogliśmy się dostać. Nie wiem czy czasem, ktoś tam nie urządził sobie kryjówki bo nigdy nie widziałem żadnego szwendacza przy kracie. Ktoś musiał to dobrze przemyśleć. Chwyciłem swój nóż i powoli, w miarę możliwości bezgłośnie schodziłem w dół naszego bloku. Do trzeciego piętra było bardzo spokojnie. Między trzecim a drugim piętrem szwendacze urządziły sobie kolacje. Rozrywały człowieka na strzępy. Przejście bez zauważenia nie było możliwe. Nie miałem pewności, że za rogiem nie czai się ich więcej, ale musiałem spróbować. Skoczyłem na najbliżej znajdującego się szwendacza, zadałem mu śmiertelny cios w skroń. W tym czasie drugi obudził się jak ze snu i chciał spróbować jak smakuję, ale nie dałem mu tej satysfakcji i bardzo szybko mój nóż znalazł się w jego oku. Człowiek, który przestał być kolacją był znajomy, ale nie mogłem skojarzyć skąd go znam. Dalsze piętra były spokojne. Żadnych szwendaczy. Pytanie tylko skąd wzięły się na trzecim piętrze? 

Droga do pierwszej z aptek minęła bardzo spokojnie. Udało mi się przebiec nie zauważenie pomiędzy grupami zombie. Jednakże straciłem na to sporo czasu. Coś za coś. Drzwi do apteki "Twoje zdrowie" były zamknięte. Muszę przyznać, że poczułem się lepiej. Skoro są zamknięte to jest szansa, że znajdę tam to czego szukam. Ku mojemu rozczarowaniu w środku było bardzo pusto. Zostały ostatnie sztuki podpasek, testów ciążowych, leków na przeziębienie, katar, kaszel. Starałem się brać wszystko co mogło być potrzebne. Brałem po kilka sztuk, przerywając listki tabletek. Nie chciałem zabierać całego opakowania, może przyda się innym poszukiwaczom. Na półce z witaminami znalazłem tylko witaminę C dosłownie kilka sztuk. Ale nie o takie witaminy mi chodziło. Witamina C w żaden sposób jej nie wzmocni. Zabrałem jeszcze kilka plastrów i bandaży. Dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej? Za każdym razem jak któreś z nas się skaleczyło tworzyliśmy prowizoryczny opatrunek z taśmy i papieru toaletowego. Mogliśmy wstąpić do jakiejś apteki już dawno temu. 
-Dobrze, nic więcej mi się nie przyda, pora na drugą aptekę.

Druga apteka znajdowała się w środku ogrodzonego osiedla. Jednakże z ogrodzenia już prawie nic nie zostało. Czy ludzie rozkradli je, na złom? Nie mam pojęcia o czym ludzie myślą podczas apokalipsy. Część ogrodzenia była ewidentnie spłaszczona, rozmiażdżona? Może przejeżdżał tędy ten czołg? 
Milion myśli kłębiło mi się w głowie. Kiedy zbliżałem się do apteki, wszystkie myśli skierowały się w stronę Lidii i Marcina. Bardzo możliwe, że przejeżdżał tędy czołg, ponieważ apteka nazywa się "Molekularna pomoc", według szyldu zawierała wiele leków do zaawansowanych chorób w tym szczepionki wydawane lekarzom do badań. Coś takiego pobudowali pomiędzy blokami? A może to jakieś specjalne osiedle? Dla naukowców? Trochę to wszystko wygląda jak szpital, ale kto wie.. 

Bardzo powoli zbliżałem się do wnętrza apteki. Miała bardzo wygodny na dzisiejsze czasy wygląd, ponieważ miała duże okno, które umożliwiało zajrzenie do środka. Oczywiście obecnie już nie było śladu po szybie, została sama rama. Lecz to co zobaczyłem spowodowało, że moje serce stanęło..
W środku na podłodze leżał unieruchomiony zombiak - kobieta, bez rąk, twarzy.. Wszystko byłoby spoko gdyby nie to, że bzykał się z nią nasz towarzysz Rafał.. 
Zrobiło mi się nie dobrze..
Póki mnie nie zauważył (był zbyt pochłonięty osiąganiem rozkoszy), zacząłem biec w stronę naszego mieszkania. Do mojej siostry. Po drodze zauważyłem szyld, który głosił, że osiedle to należy do największych umysłów tego miasta. Jest pilnie strzeżone i zabezpieczone. Jak widać nie bardzo. 

**** 20 minut później ****
-Saro, otwórz to ja. 
-Już, już
Wbiegłem do naszego mieszkania, zamknąłem drzwi. Złapałem się za głowę i..
-Saro, musimy stąd uciekać! 



~~~~~~
Lecimy dalej :) Dziękuję, że jesteście! 

wtorek, 8 lipca 2014

Mur do normalności.

Na wstępie trochę informacji.

~~ Sesja zakończona dobrymi wynikami, licencjat obroniony na 5. Wiecie co? Mam już wakacje od dobrego tygodnia. A co robi statystyczny student podczas wakacji? Pewnie imprezuje.., ale ja wróciłam do swojej rodzinnej miejscowości i pomagam rodzicom wokół domu, więc w sumie nawet nie mam czasu pograć w grę, czy szperać w odmętach internetów. W piątek wracam znowu do Warszawy, więc notek będzie pewnie więcej.

Nie przedłużając..

Ps: Mam nadzieję, że jeszcze ktoś czeka na dalszą część opowiadania. Jeśli jesteście zostawcie komentarz :)


****

Ulice pełne śniegu. Biały, miejscami żółty, skrzeczący pod butami. Ulice przyozdobione motywami świątecznymi, lecz tym razem nie są to lampki choinkowe, a drewniane choineczki, śnieżynki, a nawet mikołajowe czapeczki. W oknach błyskają świece, gdzieniegdzie słychać kolędy. Nie brzmią już tak smutno, ale mają zmieniony tekst. Wszystko tak jakby się zmieniło. Starsze osoby nadal mają w pamięci Wigilie przed tym wszystkim. Pamiętają, jak kiedyś ciężko było dostać cokolwiek na święta. Teraz jest bardzo podobnie. Wielu ludzi obchodzi święta tylko po to, żeby poczuć jakąś dawną część swojego życia. To wydaje się takie normalne, ale prawda jest taka, że nie jest i nie będzie. Ludzi wierzących w Boga jest coraz mniej. Wszystkie kościoły obecnie służą, za miejsca spotkań dla samotnych ludzi, tych którzy stracili swoich najbliższych. Księża oczywiście pozostali, niektórzy nie chcą dopuścić do zmiany świata, ale to wszystko dokonało się 20 lat temu. Teraz do obecnego pokolenia należy tylko upodobnienie świata to tego, który był tutaj w 2012 roku...

***
Dzisiejsze bloki w niczym nie przypominają tych z 2012 roku. Wszystkie zostały zburzone i zastąpione przez segmenty. Dzielnice Warszawy zostały otoczone kamiennym murem. Początkowo mur miał mieć 2m, ale zdano sobie sprawę, że Szwendacze potrafią coraz więcej. Mutacje, które zachodzą w ich martwych ciałach doprowadzają do tego, że stają się coraz szybsze, mądrzejsze, sprytniejsze. Nie korzystają już z padliny i ciężko przechytrzyć je kiedy są w grupie. Mur osiągnął wysokość 5 metrów. Każda dzielnica tworzy oddzielne miasto. Ludzie wewnątrz starają się żyć normalnie. Początkowo utworzono sanktuaria, w których można było znaleźć schronienie. Jednakże założyciele mieli dość uciekania i zaczęli zakładać nowe miasta. Historia zatacza koło i wraca do początku. Szwendacze utworzyły hordy, a ludzie poszli o krok dalej i stworzyli nowe miasta. Wolne od Szwendaczy.
Niestety nie jest tak kolorowo. Nadal brakuje żywności, ale ludność razem potrafi zdziałać cuda. Pewna grupa jest odpowiedzialna za pilnowanie granic, kolejna za wyprawy po żywność, a jeszcze inna stworzyła szkołę, dla najmłodszych i tych nieco starszych.
Najgorzej jeśli jesteś z innej dzielnicy. Nie wpuszczą Cię, choćbyś miał zginąć na ich oczach. Dla nich jesteś śmiertelnym niebezpieczeństwem. Warszawa podzieliła się bardziej niż wcześniej.. I to dosłownie. Część po drugiej stronie Wisły jest nie do zdobycia. Poziom rzeki z roku na rok znacznie się podniósł. Część szwendaczy nadal znajduje się w wodzie. Woda nadal nie jest im straszna. Wszystkie mosty zostały zniszczone przez wojsko. Miało to zatrzymać rozprzestrzenianie wirusa, ale nic to nie dało. Część ocalałych próbowała dostać się na drugi brzeg łódkami. Wszystko fajnie pięknie, ale jak wracali nie dało się z nimi dojść do porozumienia. Byli w tak ogromnym szoku, że musiało minąć kilka dni zanim zaczynali mówić. Warszawa po drugiej stronie Wisły została stracona. Tylko tyle mówią.. Po tych słowach, nikt nie chce wybrać się na własną rękę.
Nie mam pojęcia jak jest w innych miastach. W mniejszych miejscowościach ludzie nadal mieszkają w swoich domach i jak tylko mogą zabezpieczają się przed szwendaczami.

A ja?

Kilka lat temu chciałam dowiedzieć się co wywołało tą apokalipsę. Mieszkaliśmy w laboratorium. Czyli to byłam ja, dwójka moich współpracowników, mój Mąż i mój synek. Obecnie chce tylko nauczyć mojego dorastającego syna najważniejszych rzeczy, które liczą się obecnie i liczyły się 20 lat temu. Jest mi z tym okropnie, że musi żyć w takich czasach. Czy gdybym wiedziała przed powstaniem tego wszystkiego jak to się skończy, to czy zaszłabym w ciążę? Pewnie tak, człowiek jest naiwny.. Twierdzi, że wszystko przejdzie. Przecież ktoś musi nam pomóc. Była taka dwójka, która próbowała. Ostatnią informację miałam od nich 5 lat temu. Nawet nie wiem czy żyją. Może wyruszyli do Ameryki? Tam podobno dają radę od samego początku.

-Mamo?
-Tak Kochanie?
-Nie sądzisz, że taty nie ma już zbyt długo? Wyszedł z Rafałem po żywność dwie godziny temu.
-Myślę, że oni już nie wrócą.
-Ale co Ty mówisz? Przecież tata by nam tego nie zrobił! Kłamiesz!


**
Dwie godziny wcześniej
- Sławek, co Ty planujesz?
-Myślę, że poza murami może być bardziej bezpiecznie. Nie możemy wciąż czekać na ratunek. Dobrze wiesz, że dawne życie nie wróci. Mamy znów prąd, usługi, jak gdyby nigdy nic, ale czy sypiasz bezpiecznie? Czy nie boisz się tego co może się wydarzyć? Że zabiorą nam Franka?
-Jasne, że się boję.. Ale może rząd się po niego nie zgłosi. On nie wie, że ma odpowiednie antygeny w swojej krwi.
-On nie, ale wszyscy inni mogą w to wierzyć, w końcu jesteś patologiem, brałaś udział w rozwiązaniu całej tej zagadki. Uniknęłaś śmierci 3 razy.
-I dlatego nie chce Cię stracić!
-Ale ja muszę zgłosić się zamiast niego. Obiecałem Ci kiedyś, że będę was chronił.
-Sławek..
-Kochanie.. Kocham Cię jak nikogo na świecie, ale muszę to dla was zrobić. Jak pójdę z Rafałem po żywność, zmyślę mu jakąś historię i ucieknę. Nie martw się proszę. Nasze telefony znowu działają. Może uda mi się dzwonić...

***
-Agnieszko, mogę Cię na chwilę prosić?
-Jasne Rafał, co tam?
-Mam dla Ciebie złe wieści.
-Tak?
-Sławka zaatakowały szwendacze..
-Ale..
Myślałam, że to część planu, że kazał mu to powiedzieć, żebym zrozumiała, że wszystko ok. Nawet zaczęłam w to wierzyć, ale wtedy Rafał wyjął z kieszeni spodni telefon mojego męża. I nastała ciemność...





***
Moi drodzy, opowiadanie krótkie, ale tak celem wstępu.
Do przeczytania!
Uważajcie na Szwendaczy!
Ps: Wiem, że ten mur może kojarzyć się z filmem World War Z, ale to tylko jedno małe zapożyczenie.

środa, 25 czerwca 2014

Powrót już blisko

Żyjecie jeszcze?
Radzicie sobie z zombiakami?
Zebraliście zapasy na letnie wieczory?

Mam nadzieję, że jeszcze tutaj ktoś zagląda i czeka na nową notkę. Dość długo mnie nie było, ale już wracam. Została mi do obrony praca licencjacka i historia szwendaczy wraca! Nowe opowiadanie powinno pojawić się w drugim tygodniu lipca, a potem już standardowo jedno w tygodniu (tak na początek ;))

Także trzymajcie zapasy dla mnie..
Już niedługo wracam.


Uważajcie na szwendaczy!

piątek, 23 maja 2014

Mała istotka

Choć mała wiadomość, tylko tyle wymagała Sara. Nic więcej nie chciała. Łatwiej byłoby jej pójść dalej. Widziałem, że podupadała na zdrowiu. Coraz trudniej było jej zapanować na płaczem i strachem. Po okropnej burzy zawsze wychodzi słońce. Teraz też tak było. Krew i wnętrzności szwendaczy trochę zostały obmyte, część pozapychała studzienki kanalizacyjne. Mimo tego, że człowiek teraz rozkłada się dużo szybciej to i tak obecny porządek świata nad tym nie nadąża. Nie mogliśmy ich szukać, bo nie mieliśmy żadnej pewności gdzie mogli się udać i czy jeszcze żyją. Ciała przed blokiem były w okropnym stanie i poza trzema osobami nie dało się nikogo rozpoznać. Jedyne co to żaden z nich nie miał ich butów, dlatego wierzę, że żyją, gdzieś tam podróżują. Jednakże coś musiało się wydarzyć, skoro na nas nie poczekali. Może ma to związek z tą tajemnicą, którą Marcin miał wyjawić Lidii po naszych zakupach u Chojewskiego? Pewnie już nigdy się nie dowiem. Od naszego ostatniego spotkania minęły dwa tygodnie. Razem z Sarą podróżujemy dalej bo w dzisiejszych czasach nie można się zatrzymywać, choć na chwilę...

*****
- Agnieszko, Kochanie, czy możesz mi powiedzieć co odkryłaś? Od naszej ostatniej rozmowy mam wrażenie, że minęły tygodnie. Jesteś tak poświęcona pracy, że Twój syn zaczyna mówić mamo do Twoich koleżanek..
-Wiem.. to moja wina, ale tak bardzo chce rozwiązać tą zagadkę. 
-Podziel się ze mną tym, co odkryłaś do tej pory, może coś razem wymyślimy. Nie jestem lekarzem, ani naukowcem ale jako Twój mąż mam całkiem dobrą intuicję do tych rzeczy. 
-Kiedy przeprowadziliśmy poród na tej ciężarnej szwendaczce, byłam wręcz pewna, że dziecko będzie od urodzenia chore, tzn. będzie małym szwendaczem. Tylko jedno trochę ograniczało tą teorię. Jeśli byłoby zombie, to najprawdopodobniej już dawno zabiłoby matkę od wewnątrz, rozrywając jej wnętrzności. Druga sprawa natomiast jest taka, że matka nie atakowała swojego brzucha. Nieporadnie radziła sobie w obecnym świecie, ale nie zniszczyła swojego ciała, mimo tego, że miała w sobie pasożyta. 
-No tak, ale dziecko okazało się całkiem zdrowe..
-Tak, nasza maleńka istota urodziła się zdrowa. Nie mam dobrego sprzętu, ale chciałabym przeprowadzić amplifikację jej genomu, może coś udałoby się dowiedzieć. Najbliższy taki sprzęt jest w centrum miasta.. Takie akcje nie wchodzą w grę. Zbadałam tkanki jej matki i wszystko wskazuje na to, że jej błony płodowe i wszystko pozostałe funkcjonowało najbardziej prawidłowo. Wszystkie narządy zrobiły miejsce dla płodu, część z nich była dobrze zachowana  w porównaniu do zwłok mężczyzny. Obecnie mam wrażenie, że ciąża umożliwia zachowanie człowieczeństwa szwendaczom. Możliwe, że instynkt macierzyński pozostał w tej zombiaszczej matce. Dlatego dziecko żyje..
-Boże to jest tak wspaniałe.. Nie mamy tylko pewności, że nagle nie zmieni się w szwendacza?
-Niby tak, ale zauważ, że nikt nie zostaje zombiakiem ot tak sobie. Na razie wiemy tylko o ugryzieniu. Nie mamy pojęcia czy są inne możliwości by się zarazić. 
-Racja.. 
-Chodźmy do wszystkich. Musimy zorganizować grupę po kolejne materiały dla dziecka. 
Wychodząc jeszcze raz zajrzała do małej uratowanej istotki. Miała około 7 miesięcy. Dzięki bogu zaczął wydzielać się surfaktant i dziecko mogło samodzielnie oddychać. Ze szpitala klinicznego wzięli inkubator i jak tylko mogli starali się doprowadzić dziecku ciepło. 
W pokoju dla pielęgniarek robiło się coraz brudniej. Wszędzie pełno kurzu, którego pozbycie się nie miało sensu. Codziennie otwierano drewniane zasuwy, wszyscy w duchu modlili się, żeby nie nastąpił nigdy ten dzień, kiedy zawiasy nie wytrzymają i będzie trzeba zmienić miejsce ciągłego przebywania. 
Zawsze kiedy Agnieszka przekraczała próg, wszyscy się uciszali i czekali na pierwsze jej słowo. Tym razem było tak samo.
-Moi drodzy, jak wiecie nasze maleństwo rozwija się całkiem dobrze. Jedyne co to kończą nam się pieluchy i szpitalne kroplówki dla wcześniaków. Jestem świadoma tego, że w szpitalach mogą być uszkodzone woreczki, dlatego chce spróbować kaszek, mleka wszystkiego dla najmłodszych dzieci. Dlatego prosiłabym, o wyprawę do pobliskiego sklepu po najpotrzebniejsze rzeczy. 
Nikt nie wyrażał sprzeciwu, więc już po chwili mogła spokojnie odpocząć i poświęcić czas swojemu małemu synkowi. Potrzebował matki, ale myślami wciąż była przy małej istotce, której trzeba było pomóc. 

***
-Saro.. może odpoczniemy w tym bloku? Wydaje się opuszczony, może nikogo nie będzie w środku?
-Jak chcesz.. mi jest wszystko jedno.. 
Wybraliśmy sobie mieszkanie na piętrze. Kolejna noc z rzędu, w której siedząc na parapecie patrzyłem na ulicę. Poza szwendaczami nie było nikogo. Sara miała mnie zmienić po koło 4 godzinach patrzenia  w ciemność. 
-Kamil, obudź się..
Lekko szturchnęła mnie w ramię. 
-Dobrze, że tym razem nie otworzyłeś okna, bo mogłoby się to skończyć nieciekawie. 
-Wybacz moja droga, ale chyba sen jest mi bardziej potrzebny niż myślałem. 
Sara przejęła wartę. Wcześniej upewniła się, czy aby na pewno drzwi są dobrze zastawione i czy okno jest zamknięte. Szwendacze poruszają się dość pulsacyjnym ruchem, którego nie da się porównać  z normalnym chodem. W pewnym momencie zauważyła migające światełko, które po chwili zgasło. 
-Chyba mam zwidy.. przed chwilą szedł tutaj jeszcze jeden szwendacz.. gdzie on jest?
Coś poruszało się w krzakach, ale bez księżyca nie było żadnej możliwości by zlokalizować obiekt. Wpatrywała się bardzo długo w jeden punkt, póki nie zaczęły boleć ją oczy. Dalsza warta minęła spokojnie. Dopiero nad ranem, zauważyła, że z za krzaka, który obserwowała nocą wystają zombiaszcze nogi. Nie budząc Kamila, poszła na zewnątrz sprawdzić co się wydarzyło nocą. Przebiegła ulicę miedzy samochodami i dotarła do krzaka. Za nim ku jej zdziwieniu leżała zombiaszcza kobieta, była naga. Do tego miała ucięte ręce i zakneblowane usta.. 
-Co jest?
Wpatrywała się w zwłoki dobre kilka minut, kiedy usłyszała kroki za sobą. Obejrzała się i ujrzała normalnego, zdrowego człowieka, typowego nerda z przetłuszczonymi włosami, który rozkładając ręce zarzekał się, że ma pokojowe zamiary. Po dłuższej rozmowie, poprosiła go, żeby poczekał i pobiegła obudzić Kamila. Opowiedziała mu całą historię i już po chwili zaprosili mężczyznę do swojego nowego lokum i poprosili, by opowiedział im swoją historię.  Dowiedzieli się, że ma na imię  Rafał i był jedynym ocalałym z grupy. Postanowili przejść do drugiego pokoju i na spokojnie zastanowić się czy przyjąć go do swojej grupy.
-Jak myślisz Kamil, możemy mu ufać?

*****
Delegacja wyruszyła po odpowiednie składniki, a ja siedziałam z synem w pokoju dla pielęgniarek. Obok mnie siedział mój mąż, a Kasia pilnowała małej w piwnicy. Niestety zaczynałam traktować małą jak własną córkę. Póki mamy schronienie nie widzę problemu w utrzymaniu jej przy życiu, ale jeśli coś pójdzie nie tak i będziemy musieli zmienić naszą kryjówkę to nie wiem co wtedy zrobimy. Uciszenie dziecka, które nie rozumie, co się do niego mówi nie jest wcale takie proste. 
Na zewnątrz słychać było jęki i charczenia szwendaczy. Co jakiś czas, któryś nie zrozumiał, że dochodzi do okna i z całej siły przywalał głową. Niektóre odskakiwały przerażone inne natomiast mocniej uderzały głową. Z drugim typem musieliśmy postępować bardzo szybko, nie mogliśmy dopuścić do wybicia szyb. 
-Od wyjścia delegacji minęły już 2 godziny. Nie wydaje Ci się, że to trochę zbyt długo?
-Nie martw się kochanie. Na pewno schodzi im się ze szpitalem. Pamiętaj, że tam nadal są starsi pacjenci. 
-Są zombiakami..
-Tak, ale nie z własnej winy.. 
-Masz rację, na pewno wszystko jest w porządku. 
Sławek przytulił swoją ukochaną i gdyby nie odgłosy z zewnątrz, wydawałoby się, że to najzwyklejszy dzień. Sielanka nie trwała długo. Do pokoju lekarskiego wbiegła Kasia, cała we krwi..
-Boże, co Ci się stało?
Kaśka nie mogła się opanować. Pokazała swoją szyję, z której tryskała krew..
-Ona.. mnie ugryzła..
-Ale kto?
-Nasza mała istotka...


Koniec części pierwszej.
************
 Moi drodzy, ponieważ zaczyna mi się sesja, a potem jak przystało na studentkę trzeciego roku, chciałabym się obronić... Dlatego muszę na jakiś czas zakończyć opowiadania. Obiecuję, że od razu po wszystkim rozpocznę dłuższym opowiadaniem. 
Proponowałabym skorzystanie  z "Śledź mnie", żebyście dostali powiadomienie kiedy już opowiadanie się pojawi. Wystarczy wpisać swój adres email i jak tylko opublikuje opowiadanie, wędruje do was mail z informacją. 
Mam nadzieję, że mi wybaczycie tą małą nieobecność. 

Trzymajcie się cieplutko! 
Uważajcie na szwendaczy! 

niedziela, 18 maja 2014

Karteczka

-Saro, pora wstać.
-Tak, tak jeszcze 5 minut.
-Saro..trzeba wyruszyć na poszukiwania.
-Cholera.. znowu nie spałeś w nocy?
-Tak jakoś wyszło.
-Kamil, ale tak nie można. Przecież nic by mi się nie stało, a tak to jesteś już od tylu godzin na nogach..

Wiem, że tak bardzo się o mnie martwiła, ale nie mogłem jej obudzić. Wyglądała na tak bardzo zmęczoną. Musiałem dać jej pospać. Od kilku dni liczba zombiaków znacznie się zmniejszyła. Nie wiadomo z jakich przyczyn. W nocy było bardzo spokojnie. Widziałem tylko kilku osobową grupę,  z jedną latarką, podróżującą  w stronę mieszkania naszych rodziców. W oddali słychać było kilka strzałów, krzyków, ale to w czasach apokalipsy nie jest niczym  specjalnym. Co noc ktoś zabija szwendacza z broni (jeśli ją posiada), a tym bardziej kobiety krzyczą kiedy nie potrafią sobie poradzić (wybaczcie drogie panie).
-Myślisz, że  jeszcze tam są?
-Mam taką nadzieję. Ciężko w dzisiejszych czasach o dobrych ludzi, a w dwójkę będzie nam trudniej.
-Ale damy radę!

Moja siostra jak zwykle pełna odwagi, ale coś  z nią ostatnio było nie tak. Zauważyłem, że się zmieniła, ale na dobrą sprawę, kto  nie?
Kiedy uciekaliśmy od siwego i krótkiego etap jaki pokonaliśmy wydawał się bardzo mały, ale obecnie droga strasznie nam się dłużyła. Na drogach pozostawione były samochody, w tak dziwny sposób, że nawet jeśli ktoś ma swój nie ma szans na przejechanie. W niektórych jeszcze charczą zombiaki, większość jednak już dawno nie ma w sobie nawet kropelki benzyny. Obecnie jest warta więcej niż pieniądze. Jedyną zaletą czasów szwendaczy, jest brak zastanawiania się nad wartością pieniądza. Chwilowo nie jest warty nic, ale czy tak będzie zawsze?
-Widzisz to?
-Co takiego?
Pod pobliskim sklepem siedział człowiek, który musiał być nieźle wstawiony, bo bardzo ochoczo rozmawiał z zombiakami.
-Myślisz, że trzeba mu pomóc?
-Myślę, że już nic nie da się zrobić.
Mężczyzna był cały we krwi. Jego ubrania były postrzępione, a lewa nogawka spodni była urwana zaraz pod kolanem. Musiał stoczyć walkę, ale  skąd miał alkohol i dlaczego chciał, żeby zjadły go szwendacze, pozostanie dla nas zagadką do końca życia.
Dzisiejsza pogoda sprzyja do pieszych wędrówek. Nie jest ani za ciepło, ani za zimno. Lekki wiaterek muskał moją twarz i dostawał się pod ubranie i delikatnie chłodził spocone ciało. Nie braliśmy kąpieli od kilku dobrych dni, nie wiem czy nawet nie tygodni. Od naszego rozdzielenia z Lidią minął drugi dzień. Myślę, że jest mała szansa, że jeszcze ich odnajdziemy, ale wiem, że sobie poradzą.

***
-Myślisz, że możemy zostawić im kartkę?
-Lidio, kochanie, nie wiem czy będą na tyle zdesperowani, żeby zaglądać do każdego mieszkania i nas szukać. Również ktoś inny może trafić na Twoją wiadomość i co wtedy? Może ją wyrzucić, zanim Kamil z Sarą zdążą tu dotrzeć.
-Dziś minął drugi dzień i trochę tracę nadzieję..
Jak to jest, że kiedy opuściła mnie moja poprzednia grupa, aż tak tego nie przeżywałam. Tych ludzi tak bardzo polubiłam, ale niestety los okazał się bardzo przewrotny. W czasie apokalipsy nic nie można planować,  a tym bardziej przywiązywać się do ludzi. Najgorsze jednak jest to, że chyba zakochiwałam się w Marcinie, albo inaczej.. wreszcie zrozumiałam, że czułam to od zawsze.
-O czym tak myślisz?
-Myślę nad tym, że nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę się  w kimś zakochać. Wiesz jak to jest, młoda studentka robiąca karierę w ważnym laboratorium, nie ma czasu na miłości. Nawet jak szłam na studia to moja babcia mówiła, że chłopcy tylko przeszkadzają w nauce..
-Co masz na myśli?
-Że chyba się..
-Poczekaj, poczekaj!
-Czemu?
-Bo chce to zrobić pierwszy.
Wtedy przytulił mnie mocno do swojej wysportowanej piersi, pocałował w czoło i powiedział, że mnie kocha. To był bardzo szczęśliwy dzień w moim życiu. Nie wiem czy kiedyś stary świat powróci. Mam nadzieję, bo chciałabym ułożyć sobie życie z Marcinem u mego boku.
Po 20 minutach postanowiliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Najpierw musieliśmy odsunąć biurko, które broniło dostępu do naszego mieszkania. Kiedy Marcin otworzył drzwi do mieszkania wpadł martwy zombiak.
-Spójrz, ktoś go postrzelił, ma dziurę  w skroni
-Ale gdyby go tak po prostu postrzelił to nie byłby oparty o nasze drzwi. Ktoś  musiał to zrobić specjalnie..
-Weź plecak, musimy się tego dowiedzieć.

Na korytarzu było jasno, ale nigdzie nie było śladów po zombiakach, albo walce z ludźmi.
-Czy to możliwe, żebyśmy nie słyszeli jak za naszymi drzwiami, ktoś walczył o życie?
Marcin przecząco pokiwał głową. Coś było nie tak, nie wiedzieliśmy tylko co. Pozostałe dwa piętra były równie czyste jak wcześniejsze. Pozostało nam tylko wyjście na zewnątrz. Drzwi były otwarte na szeroko. Przed samymi drzwiami grupa szwendaczy zajadała się piątką młodych ludzi. Skąd wiem, że młodych?
Zawsze można to dostrzec po butach. Młode osoby przeważnie mają na sobie trampki, w różnych neonowych kolorach. Większość starszej młodzieży ma półbuty, a kobiety nawet niskie szpilki. Oczywiście są wyjątki, ale nie w tym przypadku.
Przyłożyłam dłoń do ust, żeby nie krzyknąć. Wtem dwójka zombiaków przesunęła się do innego osobnika i zobaczyłam zakrwawioną twarz naszej Sylwii z grupy. Ją poznałabym wszędzie. Miała krótkie, blond włosy, ale bardzo mocno skręcone, niczym murzynka. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Złapałam Marcina za rękę i powoli zmierzaliśmy do drzwi. Obok Sylwii leżał Mariusz i Natalia.. Co robiła tutaj część naszej grupy? Ale na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Kiedy tylko wyszliśmy przed budynek, założono nam worki na głowę i wsadzono do samochodu. Tak mi się wydaje, bo słyszałam szum silnika. Następne co pamiętam to instrukcja od jakiegoś człowieka, który przypiął mi coś do paska i kazał mocno trzymać się liny.
*****
Podróż do osiedla, w którym mieszkali nasi rodzice minęła spokojnie. Spokojnie to znaczy, że żadna grupa zombiaków się na nas nie rzuciła. Wystarczyło zabić kilku upierdliwych szwendaczy i spokojnie dotarliśmy do celu. Kiedy myślę, nad zabijaniem szwendaczy to zawsze coś mi nie gra.. Przecież oni już nie żyją. Jak można zabić coś co nie żyje?
-Widzisz to?
-Co znowu?
Tym razem, to co zobaczyłem mało co nie było powodem zwrócenia szybkiego śniadania z przed godziny. Przed blokiem nr 10 siedziała sobie zgraja szwendaczy, która jak gdyby nigdy nic wcinała sobie młodych ludzi. Była tam blondynka z kręconymi włosami, obok niej jakiś chłopak w kurtce jeansowej. Ale robiły to w sposób bardzo paskudny. Nie dość, że zjadały im wnętrzności to kilku z nich pocierało sobie twarze mózgiem jednego chłopaka, z którego już nic więcej nie zostało. Zastanawialiście się jak zombiaki dostają się do czyjegoś mózgu? Myślałem, że tego nie potrafią, ale jak widać te umieją to bardzo dobrze.
-Sara chowaj się, szybko!
Ale ona stała wpatrzona jak w obrazek. Kiedy powiodłem za jej wzrokiem, zbladłem jeszcze bardziej. Przy drzwiach wejściowych do bloku leżał zeszyt.
-To musi być dziennik Lidii! Ale na razie musimy się schować, szybko!
Pobiegliśmy za najbliższy kosz na śmieci. Na szczęście szwendacze nie były nami zainteresowane. Kwestia tego jak długo będziemy musieli czekać w ukryciu.
****
-Czy domyślacie się gdzie jesteście?
-Nie bardzo, bo mam worek na twarzy!
-Lidia, jak zawsze bardzo drapieżna, a może Ty Marcin?
-Skąd znasz nasze imiona?!
-Chłopcy, proszę zdejmijcie naszym przyjaciołom worki.
Najgorsze uczucie jakiego można doświadczyć to przebywanie w ciemnym nieprzepuszczającym światła worku, a następnie zdjęcie go, co skutkuje dotarciem światła do oczu z każdej strony... Ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Znajdowaliśmy się tak jakby na balkonie, z drucianą siatką przy balustradzie, było wietrznie..
-Cholera czy to Pałac Kultury?
-Ależ panienka bystra, nie spodziewałem się.
-Grzeczniej proszę!
-Marcin uspokój się, wszystko ok.
-Zdobywacie dodatkowe punkty za przebiegłość, a teraz chyba pora żebym przedstawił wam osobę, która jest głównie odpowiedzialna za całe to uprowadzenie.
Wtedy na taras widokowy wszedł profesor JAN.

****
-One są jakieś nienajedzone... Ile można do cholery wpierdzielać ludzkie mięso?
-Jak widać bardzo długo. Nie denerwuj się.
Ale miała rację. Siedzieliśmy w ukryciu dobre kilka godzin, ale nie było innej szansy na to, żeby dostać się po dziennik. Musieliśmy poczekać, aż skończą konsumować. Robiło się zbyt cicho i zerwał się porywisty wiatr. Drzewa szumiały, a w powietrzu czuć było kurz i brud. Nad lasem zaczęło się błyskać, a już po chwili zaczął kropić deszcz. Najpierw bardzo delikatny, przeplatany  coraz mocniejszymi grzmotami przechodził w ulewę. Myślałem, że już nie uda nam się uratować dziennika przed zamoczeniem, ale część zombiaków (tych nacierających się mózgami) nagle przestała konsumować ludzi i oddaliła się w stronę lasu. Jakby burza ich przyciągała do wody. Wisła wzywa.. Złapałem Sarę za rękę, podbiegliśmy pod drzwi, wziąłem zeszyt i wbiegliśmy na ostatnie piętro. Jedyne mieszkanie jakie posiadało drzwi mieściło się na końcu korytarza. Na środku pokoju stało biurko i pościel na łóżku była bardzo zużyta.
-Pomóż mi zastawić drzwi. Jakiś czas będziemy musieli tutaj spędzić.
-Myślisz, że Lidia z Marcinem tutaj byli?
Kiedy zabezpieczyliśmy wejście, na parapecie dostrzegłem długopis- ulubiony długopis Lidii. Możecie myśleć, że to mógł być przypadkowy długopis, ale widniały na nim jej inicjały i "molecular".
-Cholera, byli tu.. Zobacz..
Pokazałem Sarze długopis. Wzięła go do ręki, zamyślona podeszła do okna..
-Szkoda, że nie zostawili nam żadnej kartki- wyszeptała.