sobota, 17 maja 2014

Posiłek treScIWY, ale bardzo KRÓTKI

-Gdzie oni mogą teraz być? Nikogo tutaj nie ma. Cholera Marcin co robimy?
-Kamil!, Sara! Cholera gdzie oni są. Nie damy rady przejrzeć tych wszystkich gruzów. Z drugiej strony nie możemy ich tak zostawić..
-Uważaj na szwendaczy, właśnie się zbliżają

Tak to już jest, kiedy cicho- zombie żyją swoim powolnym życiem. Może zastanawiają się kim są, albo co zjedzą za chwilę. Kiedy blok się zawalił, skutkując ogromnym hukiem, większość z nich zaczęła powracać. W mniejszej ilości niż zwykle, ale zawsze jest ich więcej niż nas. Większa grupka zbliżała się do nas powoli, ale my nie ustępowaliśmy. Musieliśmy się dowiedzieć czy zginęli czy nie. Nie mogę odejść stąd póki się tego nie dowiemy.
-Lidia, chodź tutaj!
Marcin znajdował się kilka metrów ode mnie, ale dojście do niego nie było wcale takie łatwe. Wszędzie walały się resztki ściany budynku, jakieś sprzęty AGD, szafy. Istne pobojowisko. Nie wiem co odbiło tym ludziom, ale w ten sposób nie uratują świata, ani obecnego ani starego. Nawet jeśli świat wróciłby do normy, to nie ma na razie sposobu na zneutralizowanie ciał. Uzyskanie mocnego kwasu siarkowego nie jest łatwe bez odpowiednich odczynników i sterylnego laboratorium.
-Co znalazłeś?
Spodziewałam się najgorszego. Marcin trzymał w ręku swój plecak.
-Przeszukaj go może zostawili jakąś kartkę.
-Zwariowałaś? Jeśli znaleźliśmy nasz plecak to jest duże prawdopodobieństwo, że oni też gdzieś tutaj są.
-Daj mi ten plecak!

Ręce trzęsły mi się niczym przeciętnemu alkoholikowi na głodzie, ale musiałam sprawdzić. Kobieca intuicja rzadko zawodzi. Tak też było w tym przypadku. Wewnątrz plecaka znajdował się mój dziennik (jak dobrze, że przełożyłam go do plecaka Marcina), oraz mała kartka z pochyłym pismem, ewidentnie pisanym w pośpiechu.

Mamy nadzieję, że nic wam się nie stało. Po drodze dostrzegliśmy czołg, dlatego na wszelki wypadek schowaliśmy się do sąsiedniego bloku. Plecak zostawiamy w widocznym miejscu. Do zobaczenia! 

-Sąsiedni blok? Czyli który? Które mieszkanie?
-Zostało ich tutaj jeszcze kilka. Nie ułatwili nam zadania, tym bardziej, że nie odpowiadali na nasze krzyki. Cholera to będzie trudniejsze niż myśleliśmy.
-Marcin musimy się schować. Szwendacze nadciągają 

Może się wydawać, że nasza rozmowa trwała wiecznie i już dawno powinniśmy mieć spotkanie bliskiego stopnia ze szwendaczami, ale one naprawdę wolno chodzą, a do tego wszystko je interesuje. Najmniejszy wiaterek lub szelest liści. Wzięliśmy nasz plecak i czym prędzej ruszyliśmy do najbliższego bloku. Na szczęście wszystkie ocalałe budynki nie liczą więcej niż 2 piętra. Sprawdzenie 36 mieszkań nie powinno zająć nam dużo czasu, jeśli dwójka naszych znajomych nie ruszy w dalszą drogę bez nas. Rozdzielanie się podczas takich poszukiwań nie jest dobrym pomysłem, w każdym z mieszkań mogą znajdować się zarówno zombiaki jak i żywi ludzie, którzy nie życzą sobie aby im przeszkadzać. Mieszkania na parterze nikomu się nie opłacają bo łatwo można się do nich dostać z zewnątrz. Każde z nich nie posiadało drzwi, a w środku było wyjątkowo pusto. Nie licząc przewalonych mebli i zniszczonych telewizorów. Na piętrze słychać było głosy ludzi. Nie chcieliśmy mieć z nimi nic wspólnego, dlatego najciszej jak się dało przeszliśmy do sprawdzania pozostałych mieszkań, które były puste. Sytuacja powtarzała się na drugim, oraz na trzecim piętrze. Ewidentnie mieszkania te służyły komuś za nocleg, ponieważ w żadnym z nich nie było szwendacza, ani nawet żadnej części jego ciała. Pozostało nam jeszcze 5 bloków, a  na zewnątrz powoli zaczynało się ściemniać.
****

-Kamil?
-Co jest siostra?
-Myślisz, że znajdą plecak? Nie mamy pewności, że nie został przysypany przez blok. Mogliśmy go zostawić gdzieś bliżej nich, albo wrócić się do nich.
-Dobrze wiesz, że człowiek w takich momentach nie myśli racjonalnie. Napisaliśmy kartkę, że poszliśmy do bloku obok i miejmy nadzieję, że nas znajdą
-Blok obok? Kamil, przecież jesteśmy trzy ulice dalej od mieszkania naszych rodziców..
-Cholera.. mieliśmy iść blok dalej, ale:

-Hej wy! Co macie w tych swoich plecaczkach? Może się podzielicie z nami?
Dwóch facetów  w skórzanych kurtkach, widocznie nawet podczas apokalipsy trzeba wyglądać stylowo. Nie mogę dopuścić, żeby skrzywdzili moją siostrę. Jak im wyperswadować, chęć zaglądania do plecaków? 
-Siwy coś do was powiedział, a wy co? Mówić nie umiecie?
-Krótki, nie zdradzaj naszych pseudonimów. Nigdy nie wiadomo kiedy stary świat wróci do łask
-Właśnie zrobiłeś to samo idioto!
-Dobra luz, nie wyglądają na takich, którzy skarżą policji, kiedy jest po wszystkim. Prawda?
-Jasne- odpowiedziała Sara
-W dwóch plecakach mamy nasze ciuchy, a w jednym trochę jedzenia z tego zawalonego bloku
-Siwy, możemy im wierzyć? 
-Myślę, że nie robią nas w balona, ale niestety moi drodzy musicie oddać nam jeden plecak..
-Nie ma mowy!
-Uu, jaka zadziorna. Lubię takie..
Wiedziałem, że tak to się skończy. Ten obleśny typ zbliżał się do mojej siostry, zdolny zrobić tylko to co mu w życiu wychodzi. Sara patrzyła na mnie spokojnie. Wiem, że chciała zachować oba plecaki, ale jej życie było dla mnie ważniejsze.
-Dobra, tylko się odsuń koleś
-Koleś!
Obaj wybuchnęli śmiechem. Ich śmiech przypominał bardziej rechot świni, ale czego od nich wymagać. Wziąłem plecak, który należał do Lidii, pamiętam, że miał ostatnie sztuki jedzenia ze sklepu. Była szansa, że uda nam się zatrzymać większą część. Kiedy już miało dojść do transmisji, z klatki schodowej wyszła grupa czterech zombiaków. Nie zdążyliśmy się obejrzeć, a już konsumowali Siwego i Krótkiego. Czym prędzej zaczęliśmy uciekać. Niczym na komendę, większość "uśpionych" zombie tak jakby na zapach krwi zaczęło się do nas zbliżać, ale udało nam się uciec. Tylko, że podczas ucieczki przebiegliśmy trzy ulice dalej, dla bezpieczeństwa, gdyby nasi znajomi mięli mieć jeszcze jakieś towarzystwo..

*** 
-Poczekaj
-Na co?
Marcin nie odpowiedział tylko wskazał palcem na grupę zombiaków wcinającą smaczny posiłek. Nie byle jaki. Jedyne co z nich pozostało to skórzane kurki i łańcuchy przy spodniach. Twarze mieli zjedzone do tego stopnia, że ich własna matka by ich nie rozpoznała. 
-Został nam jeszcze jeden blok. 
-Myślisz, że tam są?
-Wątpię, gdyby gdzieś tu byli Kamil by czuwał, żeby nas zawołać. Nie wiem tylko, czy zrobili to specjalnie, czy po prostu poszli dalej, albo coś im się stało
-Nie kracz. Może po prostu znaleźli jakieś mieszkanie i tam się chowają. Jakby nie patrzył weszli na czyjś teren. Wiesz jak to teraz jest..
-Tak, Lidio, ale to nie zmienia faktu, że nigdzie ich nie ma. A my tracimy czas na zbędne poszukiwania!
-Chyba żartujesz?! Oni nam pomogli, podzielili się swoim schronieniem i jedzeniem, a Ty teraz tego nie widzisz?
-Nasza poprzednia grupa, też nas lubiła póki się nie dowiedzieli kim jesteśmy. Dobrze, że wtedy nie przyznałem się, że jestem za to współodpowiedzialny..
-No tak, bo wtedy wszystko poszło na mnie. Może już w centrum wiszą moje zdjęcia, że nie można mi ufać. Ty też mi nie ufasz! Możesz sobie iść w cholerę. Zabierz plecak i droga wolna. Zostaw mi tylko mój dziennik
-Myślisz, że ktoś go kiedyś przeczyta? Prędzej umrzesz!
-I dobrze.. Może komuś to pomoże. A jak nie to chociaż nikt nie zapomni jak to kiedyś było na świecie! 

Miałam ochotę go uderzyć.. znowu. Wiedziałam, że bez niego nie dam rady podróżować po Warszawie. Jest dla mnie zbyt przerażająca w obecnym stanie, ale nie mogłam słuchać jego użalania się nad sobą. Zrobił co uważał, za słuszne. Nikt nie mógł przewidzieć, że adenowirus nie będzie dobrym wektorem do przenoszenia antidotum. 

Krzyki.. nie pomagają podczas apokalipsy, mówiłam o tym nie raz. Tym razem też nie pomogły, bo grupa zombiaków przestała interesować się jedzeniem i zaczęła zbliżać się  w naszą stronę. Nie miałam żadnego swojego narzędzia, wszystko zostawiłam w plecaku, który miał Kamil z Sarą. Mogłam polegać tylko na Marcinie, ale po zaistniałej wymianie zdań na pomoc nie miałam co liczyć.
-Trzymaj, nie potrzebne mi dwa śrubokręty
Z gwiazdkowym śrubokrętem czułam się dużo bezpieczniej. Mogłam podejść do szwendacza, kopnąć go w klatkę piersiową, wtedy większość z nich upada i szybkim ruchem zadać odpowiedni cios w czaszkę. Muszę przyznać, że czaszki szwendaczy z miesiąca na miesiąc stawały się  bardziej miękkie. Tak jakby ich rozkład postępował. Może kiedyś będzie na takim momencie, że przestaną żyć?

-Idziemy do tego bloku. Jeśli ich tam nie będzie musimy iść w stronę laboratoriów.
-Myślałam ostatnio nad laboratoriami patologów
-Przy szpitalu niedaleko centrum?
-Tak, na Woli. Mięli tam najlepsze centrum patologii w Warszawie. Może uda nam się do nich dostać. 

****
-Myślę, że powinniśmy wrócić
-Jak to?
-A jak oni nasz szukają?
-Saro, możemy się minąć i będziemy się szukać w nieskończoność. Zaraz będzie ciemno, dosłownie za kilka minut, wtedy się już nie odnajdziemy.
-Ale musimy. Strasznie ich polubiłam. Mimo tego, że rozmawiałam z nimi dosłownie kilka  minut
-Są ok, ale musimy poczekać do rana. Oni też pewnie zaprzestaną poszukiwań. Jak tylko wstanie słońce wrócimy pod blok naszych rodziców
Sara odpowiedziała mi skinieniem głowy. Była przemęczona, nie wiem czy nie bardziej ode mnie. Mimo tego, że przespała wczorajszą noc. Cała ta sytuacja jest dla niej bardzo stresująca. Ja niestety zachowuje się jak typowy mężczyzna, ale całkiem zapomniałem o mojej rodzinie. Ciekawe czy moja Klaudia jeszcze chodzi po lesie z Anią. 
-Saro..
-Tak?
-Mam nadzieję, że ktoś potrafił ulżyć cierpieniom Klaudii i Ani
-Ja też mam taką nadzieję. Dobranoc 
-Dobranoc
Kiedy Sara zamknęła oczy sięgnąłem do naszych plecaków. Chciałem się zorientować jakie jedzenie mamy w jakich ilościach i włożyć do każdego plecaka po równo, żeby zrównoważyć ciężar. Wtem dostrzegłem cztery latarki na dnie mojego plecaka..
-Cholera, nie mają latarki...

*****
-Marcin, to ostatnie mieszkanie. Wątpię, żeby tu byli, ale sprawdźmy.
Niestety ostatnie mieszkanie również okazało się puste. Kiedy weszliśmy do ostatniego bloku na zewnątrz było już ciemno, a w naszym plecaku nie było latarki. Wróciliśmy się do obiadu restauracyjnego szwendaczy. Mieliśmy nadzieję, że jeden z nich miał przy sobie latarkę. Jak się okazało obaj mięli. Muszę przyznać, że kamień spadł mi z serca. Nie wyobrażam sobie, w ciemnościach czekać na świt.
-Co robimy?
-Chyba musimy się przespać. Oboje jesteśmy przemęczeni. Jutro skoro świt ruszymy dalej. Nie mogli odejść daleko
-Dobrze. Marcin?
-Tak?
-Ufam Ci.. Wiem, że chciałeś dobrze i cała wina jest w działaniach Jana. Kiedy już trochę się z tym oswoję to poproszę Cię, żebyś opowiedział mi tę historię jeszcze raz, ale to nie teraz.
-Dobrze, jak sobie życzysz

Kiedy dwoje ludzi walczy o przetrwanie, wiele rzeczy może się wydarzyć. Nawet coś tak pospolitego jak seks. Po wszystkim zastawiliśmy drzwi do naszego nowego mieszkania i w objęciach zasnęliśmy. Nie słyszeliśmy nic. Ani drapiących w drzwi szwendaczy, ani krzyków na ulicy. Rano przed blokiem czekała na nas niemiła niespodzianka...


=======================
Moi drodzy zbliżam się powoli do zakończenia pierwszej części historii BIOZOMBIES. W najbliższym czasie, prawdopodobnie (niedziela, może poniedziałek, środa) będą pojawiały się notki wyjaśniające kilka zaistniałych sytuacji. A co będzie dalej dowiecie się z moich notek. Do przeczytania! 

czwartek, 8 maja 2014

Kuru

Na wstępie chciałabym przeprosić za brak notki w zeszłym tygodniu, oraz za kilka literówek lub nie spójnych zdań w poprzednim opowiadaniu.

 If any of you use a translator to my stories, let me know! I would like to know you ! :)

Nadal czekam na wasze pomysły do opowiadań :) 




****


-Jak to mamy Ci przynieść zombiaka? Czy Ty do końca zwariowałaś? Ja rozumiem, że trzy dni w zamknięciu mogą powodować omamy ale takie?
-Tomek! Uspokój się. Przecież mamy do czynienia ze śmiercią cały czas. Przez te wszystkie lata po studiach, zdążyliśmy oswoić się ze śmiercią. Może nie taką, która chodzi, ale jesteśmy bardziej przygotowani niż inni.
-Dobrze, już dobrze. Powiedz mi tylko co Ty chcesz zrobić z tym zombiakiem? Przecież one nie mają wnętrzności w dobrym stanie, tak jak zwykłe zwłoki.
-Tego właśnie chce się dowiedzieć. 

Tomek razem z moim mężem ubrali się  w nasze zapasowe kurtki do najcięższych przypadków. Zaopatrzyli się  w możliwe narzędzia, gdyby trzeba było kogoś zaatakować. 
-Nie musicie iść daleko. Myślę, że na dziedzińcu znajdziecie kilka spokojnych szwendaczy
-Spokojnych? Agnieszka, czy Ty jesteś jakaś nie normalna?
-Tomek! Przestań się wściekać na moją żonę. Zajdziemy jakiegoś od tyłu, zarzucimy mu worek na twarz i przyciągniemy tutaj. Powinno się udać. 
-Żeby się udało, idźcie na balkon i sprawdźcie orientacyjnie gdzie macie się kierować
-Moja żona jak zawsze przytomna  i zorganizowana.

Kiedy poszli na balkon obgadać szczegóły akcji, ja skierowałam się do pokoju pielęgniarek. Urządziliśmy sobie w nim nasze schronienie,. Był największy, a co najważniejsze znajdowała się w nim lodówka, która obecnie do niczego nam nie była potrzebna, kiedy nie ma prądu, ale póki był spełniała swoje funkcje. Na środku stały dwie czerwone kanapy, które rozkładaliśmy co wieczór. Zawsze mogliśmy zostawiać je rozłożone, ale rutyna wolnego człowieka pozostaje w nim jeszcze przez długi czas. Myślę, że jak przestaniemy to robić to stracimy nadzieję, że poprzednie życie powróci. Pod ścianą stały dwa stoły. Na jednym z nich kładliśmy nasze jedzenie w puszkach, a na drugim cięższy sprzęt do walki. Znajdowały się tam dwie siekiery, łom i wszelkie urządzenia do przecinania ciał podczas autopsji, które obecnie miały inne zastosowanie. Kiedy weszłam do środka, zobaczyłam, że mój kochany Franek śpi na kolanach Kasi. Ela siedziała kawałek dalej i była bardzo zamyślona.
-Kochane, gdzie jest Mariusz? 
-Uparł się, żeby pójść do kostnicy i sprawdzić czy nie ma tam czegoś co mogłoby się nam przydać
-To miłe z jego strony, ale przecież robiliśmy już rozeznanie. Czego może tam szukać?
Wtedy do pokoju wszedł Mariusz, z oberwanym rękawem u koszuli i lekko zaplamionymi spodniami. 
-Jezu, co Ci się stało?
Obstąpiłyśmy, go razem z Elą, żeby sprawdzić czy wszystko z nim dobrze. Jak się okazało zszedł do kostnicy nr 5, o której muszę przyznać wszyscy zapomnieliśmy bo od dawna nie była używana. W lodówkach znajdowały się ciała, które czekały na werdykt ze strony wyników badań, jaka była przyczyna ich zgonu. Badania kompleksowe tkanek ciała, trwają czasem bardzo długo. Lokatorzy kostnicy numer 5 czekali już na swoje wyniki ponad miesiąc. Całkiem  o nich zapomniałam. Ponad dwa miesiące temu zostali do nas przywiezieni z laboratorium, w którym prowadzono badana nad szczepionką na raka. Coś poszło nie tak, ponieważ pięciu pacjentów zmarło. Jednakże podstawowe badania autopsyjne nie wykazały nic, co mogłoby sugerować przyczynę zgonu. Osobiście przystawałam nad opcją zakażenia od szczepionki, albo zbyt dużą ilością adiuwantu, ale oczywiście nikt nie chciał mi powiedzieć jaki był skład danej szczepionki, dlatego badania trwały tak długo. 
-Poszedłem do kostnicy numer 5 i to co tam zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wszystkie lodówki były otwarte, a na podłodze leżała dwójka zmarłych. Niby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pozostała trójka ich konsumowała jak gdyby nigdy nic. Jak zmarli ludzie mogą jeść innych zmarłych?
-Mariusz, a jak zmarli ludzie mogą chodzić?
-Masz rację,.. głupie pytanie. Ale to nie wszystko.. Ta trójka, która konsumowała pozostała dwójkę, nazwijmy ich już szwendaczami, skupiała się jedynie na wnętrznościach, czyli standardowo: jelita, żołądek, dwunastnica, wątroba i tak dalej
-Co w tym dziwnego?
-Elka, nie przerywaj
-Kiedy dochodziły do mózgu, najpierw go wąchały, a potem dotykały do swoich zielonych twarzy i pocierały
-Co Ty chcesz nam powiedzieć? Zacznijmy od tego, że one są tam od miesiąca, nie wiemy kiedy zaczęły się konsumować
-Pewnie na długo im wystarcza zjedzenie jednego narządu,bo robiły to bardzo powoli. Czy zwróciłyście uwagę, że niektóre zombie jedzą powoli i wolno atakują innych? A pozostałe rzucają się na swoje ofiary i bardzo szybko chłoną jedzenie?
-Mariusz, masz rację. Ostatnio jak obserwowałam z balkonu, była jedna grupa wolnych i szybkich, ale myślałam, że jest to związane z długością trwania apokalipsy. 

Opowieści Mariusza uciszyły nas na chwilę. Każda z nas analizowała prawdziwość jego słów i zapewne zastanawiała się co z tym zrobić. Pierwsza odezwała się Kasia, kiedy odłożyła mojego Franka na łóżko. Podłożyła mu poduszkę pod głowę. Podeszła do nas i powiedziała:
-Wiem, o czym mówisz Mariusz.. Ostatnio po naszej wspólnej kolacji, kiedy każdy z was odpoczywał albo starał się trochę umyć, poszłam na balkon i widziałam całe zdarzenie bardzo dobrze. Akurat nasz dziedziniec był oświetlony przez pełnię księżyca. Dwójka szwendaczy wycierała się mózgiem trzeciego.. Przypomina wam to coś? Agnieszka?
-Tak... Pamiętam dokładnie, był tak lud..
-Dziewczyny, już wiemy jak złapiemy szwendacza. Kwestia tego czy chcecie męskiego czy żeńskiego osobnika?
-Myślę, że mężczyzna wystarczy. Damy radę na nim pracować. 

Mariusz dołączył do grupy naszych bohaterów, a ja mogłam dalej dokończyć historię.
-Każda z nas podczas zajęć na uczelni, miała do omówienia różne choroby tropikalnych krajów, czy po prostu ludów. Mi przypadło Kuru, inaczej nazywane było śmiejącą się śmiercią. Była to choroba zakaźna wywoływana przez priony, która uszkadzała tkanki nerwowe. Choroba odkryta u ludzi bardzo szybko w latach 60 XX wieku przeniosła się na szympansy. Po pewnym czasie choroba ustała i już od dłuższego czasu o niej nie słyszałam.
-Ale co to ma wspólnego z naszymi zombiakami? Bo chyba nie nazwa?
-Do zakażenia kuru dochodziło u ludów plemienia FORE, którzy zamieszkiwali Góry Wschodnie Papui Nowej Gwinei. Po śmierci osobnika z ich ludu po prostu go zjadano. 
-Taki kanibalizm?
-Tak, najzwyklejszy kanibalizm. Tylko oni robili to trochę w inny sposób, ponieważ rytualnie nacierali twarz mózgami swoich zmarłych. 
-Patogeny przenikały przez skórę i kilka lat później powodowały śmiertelną chorobę..
-Myślisz, że teraz jest tak samo? Ale skąd tutaj kuru? Trochę nam daleko do Nowej Gwinei.. 
-To może być jakaś odmiana, albo wirus, który został stworzony na podobieństwo  kuru..

Żadna z nas nie mogła wydusić słowa. Jeśli jest to przejaw kuru, to nie mamy szans na wyzdrowienie, bo każdy dotyk szwendacza może być zabójczy. Oby okazało się, że to tylko przypadek, albo chociaż nie przenosi się poprzez dotyk.. Po godzinie wrócili nasi bohaterowie z dwoma zombiakami. Jeden był mężczyzną, a drugi kobietą. Niby nic dziwnego, ale kobieta była w ciąży. Od razu zabraliśmy się do roboty. Na stołach położyliśmy oba zombiaki. Najgorsze było to, że nie mogliśmy ich zabić. Musiałam pracować na ich "działającym" mózgu i układzie krwionośnym. Przywiązaliśmy im ręce, tak aby żaden nie mógł nas zadrapać albo chwycić. Również zakneblowano im usta. 
-To co panie i panowie? Do dzieła!

Pracowaliśmy najpierw nad mężczyzną, braliśmy próbki do badań. Wszystko było utrudnione ze względu na szlam, zieloną krew mieszająca się z tą poprawną.
-One są w środku zgniłe..
-Ale jaka bakteria, wirus, cokolwiek powoduje tak szybkie gnicie? Apokalipsa zaczęła się 4 dni temu. A ich wnętrzności są takie jakby leżeli w wodzie od dobrych dwóch miesięcy, ale bez zjawiska pęcznienia ciała. 

Po trzech godzinach, mieliśmy próbki ze wszystkich możliwych miejsc ciała mężczyzny. Niestety w tym czasie pacjent zmarł. Ponownie  zmarł, więc ponownie się odrodził, ale teraz jedynie syczał. Nie miał władzy w kończynach. Na zakończenie Sławek pozbawił go życia, wbijając mu nóż w głowę. 
-Dobrze, pora na kobietę. 

Dziewczyny chwyciły na narzędzia, chętne do rozerwania jej klatki piersiowej..
-Stop! Poczekajcie
-Agnieszka co jest?
-Dajcie mi stetoskop
Ela podała mi stetoskop. Szybko włożyłam oliwki do uszu i przyłożyłam głowicę do jej brzucha. 
-Agnieszka, co Ty robisz?
-Kochanie, martwi mnie to, że się uśmiechasz teraz. Mów szybko co jest!

Zdjęłam stetoskop, odłożyłam go na szafkę obok. I z uśmiechem na ustach powiedziałam:

-Dziecko żyje, musimy odebrać poród.






*****
Chciałabym podziękować Karolinie, za inspirację ludem FORE. :) 

niedziela, 27 kwietnia 2014

Oni żyją..

-Hej.. czy mogę wiedzieć co robicie w salonie moich rodziców? Gdzie jest Kamil? Kamil!

Dziewczyna była bardzo wzburzona i zdenerwowana. Wcale się nie dziwię, skoro dwójka obcych dla niej ludzi siedzi u niej w salonie, a jej brata nie ma.

-Spokojnie. Jestem Marcin, a to jest Lidia. Twój brat nas wpuścił dziś w nocy. Nie chciał Cię budzić, bo byłaś przemęczona.
-Gdzie on jest teraz?

Mimo spokojnie przespanej nocy, dziewczyna nie wyglądała na wypoczętą. Z tego co mówił Kamil, była świadkiem śmierci swoich rodziców. Oboje widzieli to czego widzieć nie powinni..

-Wyszedł do sklepu za rogiem. Podobno znał właściciela..
-Chojewski.. Przecież on nie żyje. Dlaczego poszedł sam?

Momentalnie zaczęła pakować rzeczy do plecaka. Z szafek w kuchni wyjęła dwie puszki kukurydzy i jedną tyrolską. Chodziła po pokoju jak szalona i wcale nie chciała nas słuchać. Była zła, za to że puściliśmy go samego. Z szuflad przy telewizorze wyjęła dwa zdjęcia. Jedno przedstawiało rodziców, a drugie było zrobione prawdopodobnie na ślubie Kamila.
-Myślę, że warto je zabrać. Nie może o nich zapomnieć.
Mówiła sama do siebie. Rozliczała się z przeszłością. Nagle stanęła na przeciwko nas i zapytała:
-Idziecie ze mną czy zostajecie?

Oczywiście zerwaliśmy się na równe nogi, złapaliśmy swoje rzeczy i wybiegliśmy za Sarą. Może was to zdziwić, ale dziewczyna chwyciła klucze i zamknęła drzwi na zamek.
-Mam zamiar tu kiedyś wrócić
Spojrzałam na Marcina, ale on był gdzieś w odległym świecie swoich myśli. Po ostatnich wydarzeniach nie mógł dojść do siebie. Cały czas był nie obecny i nie mogłam przebić się przez ścianę muru jaką wokół siebie zbudował.
-Wiesz gdzie jest ten sklep? - zapytał
-Tak, tuż za rogiem. Tak jak powiedział wam Kamil.

Korytarze w bloku mimo wczesnej pory były bardzo ciemne. Małe okna wcale nie dawały światła, wręcz przeciwnie. W dzisiejszych czasach cisza to pojęcie względne. Mimo, że nie cierpię charczących zombie, potrafię ich nie dostrzegać. Tak jakby mój mózg przystosował się do ciągłego szumu, aż w końcu przestał go dostrzegać. Najbezpieczniej jest podróżować środkiem korytarza. Nawet jeśli szwendacz znajduje się przy drzwiach jest możliwość uskoczenia, albo całkowitego pominięcia go. Do drzwi było już nie daleko, kiedy dziewczyna się zatrzymała.
-Słyszycie?
-Co takiego?
-Rozmowę..

Kiedy przystanęłam, słyszałam jedynie jęki szwendaczy przemieszczających się wzdłuż bloku, możliwe, że część z nich znajdowała się na wyższych piętrach, albo w mieszkaniach obok. Niestety nie słyszałam żadnego dźwięku, który choć trochę mógł przypominać rozmowę człowieka. Marcin szepnął, że nic nie słyszy, a ja nie zdążyłam powiedzieć słowa, bo Sara ruszyła dalej. Drzwi wejściowe były otwarte. Wychodzenie bez uprzedniego sprawdzenia drugiej strony mogło się źle skończyć, ale Sara się tym nie przejmowała. W tylnej kieszeni miała składany nóż. Usłyszałam ciche pstryknięcie i za chwilę wybiegła za drzwi. Marcin jakby oblany wrzątkiem rzucił się za dziewczyną. Nie pozostawili mi wyboru. Również pobiegłam za nimi. Ogarnęło mnie ogromne zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że oboje leżą na ziemi. Jednakże żadnego zombiaka nie było w pobliżu. Było bardzo cicho, jak to mówią w filmach akcji.. za cicho. Pomogłam im wstać i czym prędzej poszliśmy do sklepu pana Chojewskiego. Po drodze spotkaliśmy jedną zombiaszczą mamę. Dlaczego mamę? Bo była w ciąży. Ewidentnie miała ciążowy brzuch, który przeszkadzał jej chodzić. Próbowała dostać się do kiosku z gazetami. Może coś tam wyczuła? Jakiegoś kota lub inne stworzenie. Wtedy jeszcze nie pomyślałam, że dziecko w jej ciele może nadal być zdrowe.

-To tam. Widzicie? Biały budynek z wybitymi szybami
-Myślisz, że Kamil jest w środku?
-Mam taką nadzieję

Skradanie podczas apokalipsy jest ćwiczone codziennie. Po pewnym czasie robisz to bez zastanowienia. Tak samo było tym razem. Im bardziej się zbliżaliśmy tym mocniej biło mi serce. Bałam się, że zastaniemy Kamila w postaci szwendacza, albo jako posiłek dla wygłodniałych zombie. Krew pulsowała mi w skroniach jak szalona. Nie chciałam zastać Kamila w żadnej z tych sytuacji. Dopiero go poznałam, ale nie chciałam stracić tak jak moją poprzednią grupę..

Na chwilę przed wejściem, usłyszeliśmy harmider w środku budynku. We trójkę zatrzymaliśmy się jak na komendę. Sara spojrzała na nas i zrobiła pierwszy krok, ale w tym momencie przez pozostałości po szybie wyleciał zmasakrowany zombiak. Podbiegliśmy do środka i wybuchnęliśmy śmiechem. Kamil  stał przed szybą i rzucał wyzwiska w stronę wyrzuconego przez siebie zombiaka.
-Niech mi to będzie ostatni raz, chyba nie wiedziałeś z kim zadarłeś!
-Mój bohater!
Sara rzuciła mu się na szyję, o mało co go nie przewróciła. Widać, że kocha swojego brata, bez względu na wszystko. Okazało się, że w sklepie zostało trochę puszek, konserw i małych pasztetów z kurczaczkiem na opakowaniu. Byliśmy zadowoleni. Sara chętnie przyjęła nas do grupy. A my nadal milczeliśmy na temat naszej przeszłości. Nikt nie pytał, a nam jak najbardziej to pasowało. Nie mogłam pozwolić, żeby znowu grupa się rozpadła z mojego powodu. Wiem, że po pewnym czasie zaczną pytać o cel naszej podróży, tym bardziej, że Kamil wie jaki jest nasz zawód. Miejmy nadzieję, że uda nam się trochę dłużej utrzymać wszystko w sekrecie. Zabraliśmy konserwy i ruszyliśmy na dalsze poszukiwania. Kamil stwierdził, że sklepy spożywcze i jeden market są rozmieszczone na kwadracie i może uda nam się coś znaleźć.

Większość po południa przeminęła właśnie w taki sposób. Poszukiwania były owocne. Wszystkie plecaki zapełniliśmy jedzeniem i mogliśmy wracać do mieszkania rodziców naszych nowych przyjaciół. Następnego dnia moglibyśmy z Marcinem zastanowić się co dalej..
-Co tak zwolniłeś?
-Lidio, myślę, że musimy porozmawiać. Kamil, idźcie do mieszkania my niedługo dotrzemy
-Dobrze, daj mi plecak, ale spieszcie się, bo zaczyna się ściemniać.

Kamil na drugie ramię zarzucił plecak Marcina, a Sara wzięła plecak ode mnie. Puściła do mnie oczko i poszli razem do mieszkania. Dziwiło mnie to, że wszędzie są pojedyncze sztuki zombiaków, ale podczas apokalipsy takie zdarzenia bardzo cieszą. Pomiędzy blokami znajdował się plac zabaw dla dzieci. Czerwona zjeżdżalnia i niebieska karuzela. Zwierzątka na sprężynach, które umożliwiają bujanie się w przód i w tył. Zapewne kiedyś było świetnym miejscem do zabaw. Zaraz obok była ławka, na której kochane matki, a może i ojcowie pilnowali swoich maluchów, aby nie zrobiły sobie krzywdy.
-Marcin, o czym chcesz porozmawiać? Wiesz, że to niebezpieczne.
-Wiem, ale muszę to z siebie wyrzucić bo nie wytrzymam..
-Marcin?
-Proszę, daj mi mówić.
Mój przyjaciel, był tak zdenerwowany, że go nie poznawałam. Byłam pewna, że chce mi powiedzieć, że to już czas na niego, że musi odnaleźć naszą grupę, że nie może nas ochraniać, że ma tego dość..Wszystkiego się spodziewałam tylko nie tego..

-Jak tylko pojawiłaś się w pracy, od razu wiedziałem, że jesteś bardzo inteligentną osobą. Czułem, że nie będziesz mnie traktowała tak jak ja Ciebie. Od razu się w Tobie zakochałem..
-Ale..
-Cicho, proszę, daj mi powiedzieć. Myślisz, że po co wtedy wróciłem na dół do laboratorium? Ja nie miałem zmiany tego dnia..
-Cholera.. to prawda..
-Wróciłem, bo miałem nadzieję, że jeszcze żyjesz, że uda mi się Ciebie uratować..
-Ale, poczekaj, bo ja nic nie rozumiem..
-To wszystko moja wina.. To ja rozpyliłem wirusa.. To nie ten chłopak z domu obok.. Inaczej.. ja mu to zleciłem. Byłem wściekły na Jana, że tak nas traktuje, że nie słucha. On chciał wypuścić szczepionkę do sprzedaży. Pewnie większość poszła wcześniej do firm, zanim jeszcze skończyły się testy laboratoryjne..
-Marcin.. co Ty mówisz?
-Że to ja rozpyliłem wirusa. Nieświadomie.. Byłem u Jana w gabinecie, kiedy to wszystko wybuchło. Powiedział, że kilka królików doświadczalnych wypuścił na zewnątrz, żeby zajęli się zarażaniem..
-To Jan czy Ty.. zdecyduj się!
-On.. ja chciałem dobrze.. pracowaliśmy nad antidotum. Jedyną szansą było rozpylenie adenowirusa przez nasze wiatraki.. Zrobiłem to.. ale chyba nie zadziałał, albo zmutował jeszcze bardziej
-Przecież antidotum było w fazie przygotowań.. Marcin..

Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam. Mój współpracownik jest w pełni odpowiedzialny za to co dzieje się obecnie na świecie. Wstałam i ze łzami w oczach uderzyłam go w twarz. W tym samym momencie usłyszeliśmy ogromny huk.. Na naszych oczach blok, w którym czekał na nas Kamil z Sarą zaczął się  zawalać. Chwilę później ulicą przejechał czołg. Ten sam co wczoraj wygonił nas z mieszkania..
-Kamil i Sara..
-Na razie musimy się schować, tylko pytanie czy mi ufasz?

Co mogłam mu odpowiedzieć?
-Tak... Uciekajmy


****
Tymczasem wewnątrz czołgu..
-Profesorze, wysadziliśmy blok przy którym ostatnio widzieliśmy Marcina i Lidie, ale ewidentnie nie ma ich pod gruzami.. Tak.. Tak.. przyjąłem.. Wracamy do bazy...







-------------------------------------
Kochani mam do was małą prośbę, a w sumie dwie:
1. Jeśli macie jakieś inspiracje dla mnie odnośnie opowiadań, chętnie je przeczytam w komentarzach, a może nawet utworzę specjalnego maila do kontaktu ze mną, ale to musicie mi dać znać, czy jest sens, czy komentarze wam wystarczą :)
2. Jeśli ktoś udostępnia moje opowiadania, gdzieś w internecie, proszę dajcie mi znać. Bo pojawiają mi się źródła ruchu, skąd ktoś do mnie przychodzi i cóż dla mnie to miłe ;) nawet jak znalazłam się na sadisticu ;) Jest to dla mnie jak najbardziej komplement :)

Ps: Mam pytanko czy ktoś  z was używa translatora do moich opowiadań?  Dajcie znać
 If any of you use a translator to my stories, let me know! I would like to know you ! :)

czwartek, 24 kwietnia 2014

Porządki

Nigdy nie sądziłam, że w czasach apokalipsy będzie potrzebny mi zeszyt. Na szczęście tego ludzie mają pod dostatkiem. Zeszyty zawsze nie są zabierane z domów, mieszkań. Bo w sumie po co komu zeszyt? Chyba tylko ja wpadłam na pomysł, żeby to wszystko zapisywać. Może kiedyś życie wróci do normy i ktoś będzie chciał dowiedzieć się jak to było wcześniej? Podczas apokalipsy zombie? 

Myślałam, że mój cały świat runął, kiedy Marcin przytulił się do mnie i powiedział, że wszyscy nas opuścili, bo nie chcą mieć w grupie kogoś kto jest odpowiedzialny za całą apokalipsę. Proponowałam Marcinowi, żeby poszedł z nimi. Nie musi trzymać mojej strony, jak najbardziej może iść. Przecież teraz ważne jest tylko przeżycie nic więcej. Plan był prosty, musimy zmienić miejsce tymczasowego zamieszkania. Najpierw jednak trzeba było zadbać o zapasy. Wszystko się skończyło, a podróż mogła być długa. Choć może się wam wydawać, że znalezienie lokum w Warszawie to pikuś.. Niby tak, ale musicie zrozumieć, że obecnie trzeba bać się żywych i umarłych. Powiedziałabym, że żywych bardziej. Nadal większość nie rozumie co się dzieje, że zabicie swoich najbliższych będących zombie nie wróci im życia, jedynie skończy cierpienia. Cierpienia w naszym rozumowaniu, jak dla mnie ich już nie ma i nic z tego nie rozumieją. Zachowują się trochę jak psy. W mózgu pojawiają się podstawowe pragnienia, które trzeba ukoić. Jedzenie jest najważniejszym z nich. Zastanawiałam się przez dłuższy czas, po co im tyle jedzenia. Jedynym wnioskiem jaki przyszedł mi do głowy jest zapewnienie odpowiedniej ilości glukozy, minerałów do funkcjonowania organizmu, przeprowadzania procesów odpowiedzialnych za wytwarzanie energii.. Ale czemu jedzą innych ludzi? Chociaż często widzę jak szwendacze polują w grupie na zwierzynę z pobliskiego lasu, która się zabłąkała. Co ciekawe, las nie jest dobrym miejscem dla zombiaków. Wcześniej wprost uwielbiały chować się za drzewami i nie ogarniać którędy do jedzenia. Coś im się ostatnio stało, że nie wchodzą do lasów. Omijają je szerokim łukiem. Nie chce was straszyć, ale mam wrażenie, że one mutują.. Pojawiają się mutacje z dnia na dzień. Mutacje punktowe, albo całkowite delecje chromosomów. Mam wrażenie, że są głupsze niż wcześniej. Tak jakby długość ich zombiaszczego życia wpływała na ich materiał genetyczny...

****

Świat z dnia na dzień staje się brudniejszy. Wszędzie walają się zwłoki zombie. Pozostałe mimo, że głodne nie potrafią przejeść takiej sumy darmowego jedzenia. Wzięliśmy z Marcinem najpotrzebniejsze rzeczy. Nie było mowy o zabraniu wszystkich ubrań, które udało nam się zgromadzić. Nie posiadamy samochodu, więc musieliśmy zdecydować co zabrać. Skoro winter is coming wypadałoby zaopatrzyć się w cieplejsze ubrania, ale nie wyobrażam sobie chodzenia w zimowej kurtce we wrześniu. Poszłam do naszego małego mieszkania. Na laptopie zostawiłam kartkę dla przyszłych lokatorów. Życzyłam im powodzenia i poinformowałam o ubraniach w szafie i innych schowanych przedmiotach, które nam się nie przydadzą a dla nich mogą mieć zbawienne znaczenie. 
-Jaki jest plan?
-Nie wiem.. Marcin musimy gdzieś się zadomowić. Gdzieś gdzie okoliczne sklepy nie zostały do końca wykorzystane. Może uda nam się przyłączyć do jakiejś grupy..
-To jest oczywiste. Musimy przetrwać, ale ja pytałem o nasze dalsze plany. Nie możemy uciekać do końca życia, a tym bardziej zamieszkać w jednym mieszkaniu. Sama widzisz, że to nie zdaje rezultatów.. 
-To co proponujesz ?

Chyba wiedziałam do czego zmierza. Zgadzałam się  z nim w 100%, ale nie miałam zielonego pojęcia co można zrobić. Gdzie się udać? To nie Ameryka.. 
-Są dwie możliwości.. albo zorganizujemy własne laboratorium, albo udamy się do laboratorium medycyny doświadczalnej i klinicznej..
-Obie opcje wydają mi się  nie osiągalne..
-Dlaczego?
-Zorganizowanie sprawnego laboratorium graniczy z cudem, sam dobrze wiesz jaki sprzęt znaleźliśmy w bielańskim.. Pomyśl nad medycyną doświadczalną, tam może być pełno zombie i to nie tylko lekarzy, ale też wszelkich "królików" doświadczalnych, którzy przed całą apokalipsą zgłosili się na płatne badania kliniczne.. 
-Cholera, nie pomyślałem o tym.. Ale musimy kierować się w stronę szpitali Banacha. Wiem, że to koszmar.. Będzie tam ogrom szwendaczy, ale może jest tam ktoś kto ich bada i kto będzie potrzebował dwóch biologów molekularnych.
-Obyś miał rację..

Kiedy człowiek choć na chwilę zazna spokoju, później jest mu ciężko wyjść na ulicę i walczyć. Doznaliśmy ogromnego szoku, kiedy przed naszym budynkiem wędrowała horda szwendaczy. Te jęki, charczenia.. Obłęd w oczach i bezradność na dwóch nogach. 
-Gdzie oni idą?
-Nie mam zielonego pojęcia. Zawsze było tutaj tak spokojnie..

Wtedy to usłyszeliśmy. Przeraźliwie głośny wystrzał. Zdążyliśmy uskoczyć i schować się za śmietnikami pod blokiem. Samym środkiem drogi wlókł się ciężki, zielony czołg. Pewnie większość z was zaczęłaby teraz krzyczeć i prosić o pomoc, ale my tego nie zrobiliśmy. Staraliśmy się być niewidoczni. Nigdy nie wiadomo kto jest w środku i jakie ma zamiary. Tym bardziej, że strzelał na oślep. "Wysadził" już trzy pobliskie bloki.
-Musimy stąd uciekać! Jeśli tu zostaniemy to zginiemy
-Marcin, ale gdzie.. wszędzie nas zobaczą

Wyjście z tej sytuacji było tylko jedno. W momencie kiedy zombie otoczyły czołg, czym prędzej przycisnęliśmy się do naszego bloku. Musieliśmy okrążyć od strony lasu. Wtedy była szansa, że uda nam się uciec, albo przynajmniej przeczekać całą tą sytuację. Od lasu dzieliło nas 200m. 
-Choćby nie wiem co się działo, masz biec przed siebie i się nie oglądać!
-Marcin, co Ty do mnie mówisz?
-Mówię, że w razie czego odwrócę ich uwagę i gdzieś Cię znajdę. A Ty masz biec!
-Nie ma mowy!
-Cholera nie kłóć się ze mną!
Wtedy złapał mnie w pasie i pocałował. Moje serce w tym momencie prawie wyszło z klatki piersiowej. Nie dość, że byliśmy zagrożeni ze strony czołgu, zombiaków to on mnie jeszcze całuje?! Cholera, czekałam na to odkąd zaczęłam staż w laboratorium, ale podczas apokalipsy starałam się o tym nie myśleć. 
-Po tym, co zrobiłeś nie ma mowy, żebym biegła bez Ciebie
-Uparta.. Takie lubię. 

Złapał mnie za rękę i czym prędzej zaczęliśmy biec w stronę lasu. Nie wiem czy wspominałam wam wcześniej, ale zaraz przy lesie był przystanek tramwajowy, a jak to często bywa podczas apokalipsy tramwaje się "wykolejają" i leżą, zasłaniając wszystko co jest za nimi. Tramwaj kolorystycznie charakterystyczny dla Warszawy, czyli czerwono żółty, już bez szyb leżał i czekał na lepsze dni.
-Myślę, że możemy się schować za tym tramwajem..
-Pomyśl dobrze, Marcin.. Ktoś tam ma czołg i strzela do wszystkiego. Jaka jest szansa, że nie strzeli właśnie w nas?
-Dość spora, bo tramwaj nie zawiera takiej ilości zombiaków, jaką mogą zawierać bloki. 
-Masz rację. 

Powoli zaczynało się ściemniać, a my z za czerwonego tramwaju podziwialiśmy wszystko co działo się po drugiej stronie ulicy. Czołg przesuwał się w ślimaczym tempie, rozjeżdżając po kolei spragnione pożywienia zombiaki. Nawet gruzy blokowisk w niczym mu nie przeszkadzały. Zniszczeniu uległy cztery bloki, w tym nasz, który do niedawna był naszym domem. Nie wiem czy był w tym jakiś większy cel. Dlaczego akurat te cztery bloki? Na około pozostało jeszcze kilka innych, ale te zostały pozostawione sobie. Jeśli w budynkach znajdowały się jakieś zombiaki to już na pewno nie żyją. Po godzinie czołg odjechał i cała okolica momentalnie ucichła.
-Co to miało znaczyć?
-Nie wiem Lidio, ale nie podoba mi się to. Może wiedzieli, że byliśmy, w którymś z tych bloków i dlatego je zburzyli?
-Marcin, co Ty mówisz? Skąd mogli wiedzieć? Przecież nikt z naszego laboratorium nie przeżył..
-Tego nie wiesz. Może ktoś z wyższych "poziomów" przeżył i dalej pracują nad szczepionką, albo nad pokonaniem tego. 
-Mam nadzieję, że to tylko zbieg okoliczności. Bo wcale mi się to nie podoba. 

Byliśmy oboje przemęczeni, głównie ze stresu. Cała sytuacja z czołgiem wywróciła nasz spokój do góry nogami. Postanowiliśmy zmierzać w stronę centrum, choć tam najwięcej szwendaczy, ale może w szpitalach na Banacha coś uda nam się zaradzić. Przemieszczaliśmy się powoli i delikatnie, aby nie przywołać szwendaczy. Wszystkie wywędrowały w stronę zburzonych blokowisk, ale najmniejszy hałas mógł ich przywołać w naszą stronę. Szukaliśmy dobrego lokum na spędzenie pozostałej nocy. Bez elektryczności i pełni księżyca podróżowanie w nocy jest bardzo niebezpieczne. Kiedy tak szliśmy zmęczeni, Marcin zaproponował jeden z bloków po prawej stronie. Zawsze staraliśmy się wybierać czteropiętrowe budynki, bo im wyższe tym trudniej o ucieczkę. 
-Poczekaj.. stój..
-Czemu szepczesz?
-Słyszysz?
-Marcin, ktoś nuci?

W środku nocy, usłyszeć jak ktoś nuci jest równe zeru, ale jednak nas to spotkało. Na parapecie pobliskiego bloku siedział młody mężczyzna, wyposażony  w latarkę i nucił. Ewidentnie nie miał talentu, bo nie mogłam skojarzyć tego utworu. Postanowiliśmy się powoli zbliżyć.
-Ej, wy stać!
-Spokojnie, spokojnie. Jesteśmy zdrowi, nikt nas nie ugryzł. Ja jestem Marcin a to jest Lidia.
-Gdzie wasza grupa?
-Nie ma, podróżujemy sami. 
Nie wiem czy kłamanie na wstępie nowej znajomości to dobry pomysł, ale teraz najważniejszy był nocleg. 
-Podejdźcie bliżej. 

Zeskoczył z parapetu niczym super bohater, brakowało mu tylko peleryny. Muszę przyznać, że w świetle latarki widać było, że jest dobrze zadbany. Jego ubranie nadal pozostawało czyste. Może poza małymi fragmentami na nogawkach, ale  czy to ważne w czasach apokalipsy? Przyglądał nam się dłuższą chwilę.
-Macie jakąś broń?
-Nie 
-Gdzie zmierzacie?
-Do szpitali na Banacha..
-Czemu akurat tam?
-Bo jesteśmy biologami molekularnymi i chcemy dowiedzieć się jak to opanować, póki jeszcze jest na to szansa.
-Ciekawy plan, zapraszam do środka. 

Na szczęście nie kazał nam wchodzić przez okno. Sam w ten sposób wskoczył by otworzyć nam drzwi. Mieszkanie wyglądało na bardzo zadbane. W kuchni meble wyczyszczone, jakby dopiero co straciły właścicielkę. Mieszkanie dwupokojowe.. Marzenie.. 
-Jesteś sam?
-Nie, jest tu jeszcze moja siostra - Sara. 
-Czy możemy się do was przyłączyć?
-Nie wiem co na to moja siostra, ale myślę, że nie macie wyjścia. 

****
Sara przyszła do nas rano. Wyglądała na bardzo przestraszoną. Zapewne dlatego, że przespała całą noc i dwójka obcych dla niej ludzi siedziała w jej salonie. 
-Hej jestem Lidia, a to jest Marcin... 



*****
10 lat później

"Wyjrzyj za okno, co widzisz ?


Mam nadzieje, że nie to co ja. Zniszczone budynki, bród, krew, śmierć. Nie.. to nie krajobraz po 3  wojnie światowej. A po lekarstwie na raka. Będzie dobre mówili, pomoże wielu ludziom..


Nie pomogło..


Jest 2016 rok .2 lata po aplikacji szczepionki. Wszyscy, którzy ją otrzymali dawno nie żyją.


Ale są nowi, Ci co wcześniej byli zdrowi. Nie wiedzą o sobie nic, interesuje ich tylko jedno – jedzenie.


Co jedzą ?


Ludzi… Tych zdrowych, nie zarażonych. Tacy smakują najbardziej."

-Co to?
-Nie wiem, ale chyba jakiś dziennik..
-Myślisz, że ktoś zapisywał swoje historie?
-Nie wiem.. Ale spójrz na datę..
-2016.. czy to?
-Tak, to wtedy to wszystko się zaczęło...


sobota, 19 kwietnia 2014

Zombie egg

Moi drodzy, dziękuję, że jesteście ze mną. Opowiadanie powinno pojawić się dziś wieczorem. Jeśli przygotowania do jutrzejszego śniadania się przedłużą ;) to wybaczcie mi brak notki w tym tygodniu.


Tymczasem, chciałabym wam życzyć, zdrowych i spokojnych świąt, spędzonych w miłej atmosferze!


Ale pamiętajcie, zombie nigdy nie śpią ;)



źródło: http://kwejk.pl/obrazek/2045812/pisanki-zombi.html

niedziela, 13 kwietnia 2014

Chodząca śmierć.

Zanim to wszystko się zaczęło, każdego dnia spotykałam śmierć. Dosłownie... Byłam patologiem sądowym. Wiele razy dostarczano mi zwłoki. Musiałam wyjaśnić jak doszło do ich śmierci i czy osoby trzecie nie brały w tym udziału. Czasem przypadki były bardzo proste, a czasem zachodziłam w głowę dlaczego ktoś o tak zdrowym ciele  leży u mnie na stole. Wszystkie tkanki pokazują, że organizm był jak najbardziej zdrowy, ale jak widać już nie żyje.

Moja praca była czasem bardzo monotonna. Musiałam zakładać na siebie dwa, a w skrajnych wypadkach trzy, a nawet cztery fartuchy. Na dłonie trzy pary rękawiczek. Rękawiczki musiały być dopasowane, bo praca w za dużych rękawiczkach nie wchodziła w grę. Do tego biały czepek na głowę. Niczym pani w szkolnej stołówce. Możecie się śmiać, ale czepek umożliwiał moim włosom nie przesiąkanie smrodem niektórych zwłok. Mimo wszystko po tylu latach pracy zapach nie był dla mnie niczym specyficznym, wręcz nie wyczuwałam odoru. Po prostu się przyzwyczaiłam. Jedynie po nowych studentach, albo stażystach wiedziałam, że jednak dzisiejszy pacjent nie pachnie kwiatami. Zawsze nazywałam ich kwiatami i zawsze starałam się z nimi rozmawiać. W ten sposób szybciej rozwiązywałam zagadki.

Kilka lat temu, dostałam zgłoszenie o człowieku, którego znaleziono w stawie. Nikt nie wiedział, skąd tam się wziął, ani co było przyczyną zgonu. Nie wiem czy wiecie, ale ludzkie ciało kiedy pływa sobie jakiś czas w wodzie to niestety pęcznieje.. Po śmierci człowieka w jego organizmie enzymy zaczynają trawić go od środka. Dochodzi do tak zwanej autolizy, szczególnie nasilonej w narządach, które te enzymy wytwarzają np. w śledzionie czy trzustce (enzymy trawienne). Natomiast z przewodu pokarmowego zaczynają wydobywać się bakterie, które powodują powstawanie gazów gnilnych. Niestety jak organizm jest w stanie zaawansowanego rozkładu to ciężko jaką kolwiek tkankę rozpoznać pod mikroskopem. Wszystko wygląda jak jedna wielka breja. Do tego ten zapach...

Z samego rana naszym powozem (stołem na kołach) wjeżdża mój pacjent, przykryty białym obrusem, szmatką, płótnem, co tam akurat mają pod ręką. Na całe szczęście dziś jestem sama, w sensie bez studentów. Jestem pewna, że tego zapachu by nie wytrzymali. Połączenie gazów gnilnych i napęcznienia ciała nie jest czymś co lubią młode studentki. Jeszcze jest jedna taka fajna ciekawostka dotycząca ludzkiej skóry. Jeśli zwłoki przebywają długo w wodzie, to ludzka skóra odłącza się od pozostałych tkanek i można ją zdjąć lekkim pociągnięciem jak rękawiczkę. Dlatego zanim zacznę sprawdzać pozostałe tkanki, wypadałoby zebrać odciski palców. Autopsja nie trwa wcale długo. Muszę rozciąć skórę na klatce piersiowej i brzuchu. Jak już rozetnę klatkę piersiową, zaczynam przecinać żebra, aby obejrzeć płuca i serce. Pamiętam, że  kiedy nacięłam brzuch z ciała mojego martwego pacjenta zaczęły ulatniać się gazy... Ah zapomniałam wspomnieć, że ciało wyjęte z wody często jest zielone, przez te wszystkie gazy i enzymy. W tym przypadku mój pacjent był alkoholikiem i to sprowadziło go do stawu. Pewnie chciał się odlać czy poszedł na dwójeczkę, ale niestety bliskość stawu w żadnym przypadku nie była dla niego łaskawa.

Podczas całej swojej pracy miałam wiele różnych przypadków, ale to co stało się obecnie na świecie, najbardziej mnie przeraża. Kiedy wybuchła apokalipsa, byłam w swojej kostnicy. Akurat była godzina drugiego śniadania. Mogłam na spokojnie zadzwonić do mojego męża. To dzięki niemu dowiedziałam się, że coś takiego się stało. Obiecał jak najprędzej przyjechać do domu po naszego synka i wrócić do mnie. Byłam cała roztrzęsiona mimo, że ze śmiercią miałam do czynienia każdego dnia. Poinformowałam całe swoje laboratorium o zaistniałej sytuacji. Myślicie, że mi uwierzyli? Oczywiście, że nie. Większość z nich wyszła na zewnątrz i chwilę później była pochłonięta przez nienajedzone zombiaki. Reszta, która się ogarnęła, zeszła ze mną do podziemi. Tam byliśmy najbezpieczniejsi. Ciekawe prawda? Żywi najbezpieczniejsi wśród umarłych. Chyba muszę sobie to gdzieś zapisać. Telefony działały jeszcze przez godzinę. Dzięki Bogu mojemu mężowi udało się do nas dotrzeć, razem z naszym synem. Zamknęłam całe laboratorium od zewnątrz. Byłam tak jakby dowódcą... Nie wiem dlaczego świętej pamięci Karol, szef naszego instytutu pomyślał o zabezpieczeniu przed światem zewnętrznym, ale to był jego najlepszy pomysł. Jeden guzik umożliwił poprzez kraty i drewniane rolety odsunięcie nas od świata zombie.

Naszym miejscem spotkań początkowo była kostnica. Do pewnego czasu.. Na początku nikt nie zdawał sobie sprawy, co tak naprawdę się wydarzyło. Mój mąż (Sławek) opowiadał moim współpracownikom co dzieje się po drugiej stronie drzwi. Jestem z niego ogromnie dumna!  Ale to nie zmieniało faktu, że nie wiedziałam co robić dalej. Próbowałam połączyć się z pałacem prezydenckim, ale na próżno. Telefony przestały działać. Weszliśmy wszyscy na trzecie piętro naszego laboratorium, tam znajdowały się balkony. Musieliśmy zorientować się co się dzieje. Pamiętam jakby to wszystko działo się w zwolnionym tempie. Po ulicach szły hordy, tłumy martwych ludzi.. Jedyne co ich interesowało to inny człowiek, ale tylko ten, który jeszcze żył. Chodziły bardzo powoli i gryzły wszystkich napotkanych. Reagowały na dźwięk, bo jednej z moich koleżanek wypadło 5zł z kieszeni na blaszaną dachówkę naszej recepcji... Wtedy nagle wszystkie zombiaki zwróciły swoje twarze w naszym kierunku i zaczęły przeraźliwie charczeć, sapać.. Schowaliśmy się do środka i oniemieliśmy. Po korytarzu krążyła trójka naszych nowych pacjentów. Stałam jak sparaliżowana. Na szczęście mój mąż chwycił gaśnicę i uderzył ich prosto w czaszki. Wszystkie  upadły, ale mój mąż stracił kawałek rękawa od koszuli. Zapewne jeden z nich chwycił go w ostatniej chwili. Opatrzyłam mu ranę i byłam szczęśliwa, że nie było zadrapania. Nigdy nie wiadomo co takiego rozprzestrzeniają...

Każdy z nas chwycił co miał pod ręką i zaczęliśmy oczyszczać nasze laboratorium. Nie mogliśmy dopuścić do śmierci każdego z nas. Kiedy wszystko się uspokoiło, Kasia stwierdziła, że musi zejść do kostnicy, po swoje rzeczy. Po zdjęcia męża, do którego nie mogła się do dzwonić (jak jeszcze działały telefony). Po prosiłam Mariusza, żeby zszedł z nią. Nie mogliśmy się za bardzo rozdzielać.

Człowiek myśli sobie, że wszystko już widział, a każdy horror, który ma miejsce w kostnicy musi kończyć się tak samo.. I wiecie co.. tutaj prawie się tak skończył. Kasia z Mariuszem poszli do kostnicy kiedy nagle usłyszeli delikatne stukanie w lodówkach. Jak tylko mi to opowiadali miałam gęsią skórkę na plecach. Jako, że Mariusz bohaterem jest to otworzył jedną lodówkę, jak się okazało była pusta. Kolejne  dwie także. Zostały dwie. Otworzył jedną i zobaczył poruszający się worek.. gdy go rozsunął była tam kobieta.. ale nikt nie mógł już jej pomóc. Jedynie uderzenie w głowę. Kiedy myśleli, że już po wszystkim usłyszeli ponowne skrobanie w drzwi lodówki. Została ostatnia.. Tym razem to Kasia otworzyła drzwi lodówki. To było jej codzienne miejsce pracy, ale całkiem zapomniała, że w ostatniej lodówce znajdowało się ciało 5 letniego chłopca, który zakrztusił się cukierkiem. Ujrzenie chłopca jako szwendacza zapamięta już do końca życia. Nie potrafiła zadać mu ostatniego ciosu, dlatego Mariusz zrobił to za nią.

Minęły dwa dni. Na zewnątrz bywało różnie.. Raz głośniej raz ciszej. Nie mogłam wytrzymać tego sapania, jęku. Człowiek, który nagle traci zdolność mowy jest czymś okropnym dla człowieka w pełni zdrowego, a tutaj moi pacjenci chodzili, jak gdyby śmierć nigdy nie istniała.

-Musimy zastanowić się dlaczego nasi pacjenci wstali, skoro nikt ich nie ugryzł. Jak na razie rozumiem, że zarażenie może odbywać się drogą kropelkową przez ugryzienie.. Nie wiem jak to jest w przypadku połączenia krwi. Kasia, Ela, Tomek, ile mamy rękawiczek, fartuchów i mikroskopów ustawianych lusterkiem?

-Rękawiczek koło 10 opakowań, fartuchów 50, a mikroskopów pewnie koło 5, ale nie wiem czy wszystkie nadal działają. Większość z nich jest w piwnicy, nie używana od bardzo dawna. Ale czemu pytasz?

-Pora kogoś zbadać. Przynieście mi jednego szwendacza...

źródło: http://i.wp.pl/a/f/jpeg/28663/7.jpeg

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Zagubiony

Przyciemnione światła, zasłonięte szyby. Pomieszczenie wielkości studenckiej kawalerki. Kilka krzeseł ustawionych w kole. Obcy mi ludzie.. Mimo wszystko te spotkania powinny pomagać. Takie jest ich założenie. Niektórzy nawet twierdzą, że dzięki nam wszystkim tutaj zgromadzonym ułożyli sobie życie. Zakochali się  i już nigdy nie myśleli o tym co robili wcześniej. Szczerze w to wątpię. Ale jak tak się dłużej zastanowić to teraz mogą to robić na okrągło. Każdy jest dobrym celem. Powiedzcie mi tylko dlaczego to niby jest złe? Co komu przeszkadza moje zachowanie ? To nie ich problem, to moja głowa. Mój mózg podpowiada mi co robić... A apokalipsa tylko mi w tym pomogła!

***

-Hej wszystkim, mam na imię Rafał
-Cześć Rafał!
-Jestem tutaj z wami od początku i chciałbym powiedzieć jaki jest mój problem, bo w sumie powinienem jakoś sobie z tym radzić. TO nie dotyczyło mnie wcześniej, przyszło do mnie z wiekiem. Miałem już 30 lat i myślałem, że nigdy nie spotkam kobiety mojego życia. Nie będę miał dzieci. Umrę samotnie, tak jak mój ojciec. Tak się składa, że zostawił mi niezły spadek - milion polskich złotych. Kto by pomyślał, że mój ojciec tyle zachował. W testamencie zapisał pieniądze moim dzieciom, ale gdybym do tego czasu się nie ożenił, to będą dla mnie.. Także są moje. Postanowiłem pozwiedzać trochę świata. Podróże kształcą.. tak przynajmniej przeczytałem w broszurce biura podróży. Ogromna palma na bezludnej wyspie otoczona przez błękitną wodę.. Marzenie, chciałoby się powiedzieć. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdybym nie przekroczył progu tego biura podróży. Za czerwonym biurkiem, siedziała wystrojona blondynka. Muszę przyznać, że kostiumy "biurowe" świetnie podkreślają kobiece piersi i kształty. Nie mogłem oderwać wzroku od jej twarzy. Niebieskie oczy, lekko zadarty nos i pomalowane  szminką usta. Pełne usta, które mogłyby zdziałać cuda..
-Dzień dobry, witamy w Helio, czym mogę panu pomóc.
Niestety to moja piękna blondynka się odezwała, tylko jej dużo starsza koleżanka. Chciałem zrezygnować z jej usług, ale na dobrą sprawę tak nie wypadało robić... Kiedy już wybrałem wycieczkę marzeń, moja blondynka poderwała się z  krzesła. Stwierdziła, że jest głodna i idzie na lunch. Wróci za pół godziny. Czym prędzej wybiegłem za nią.. Była chętna na kawę. Nawet nie zauważyłem, że była tak napalona. Szliśmy wzdłuż starego miasta, kiedy skręciła za budynek, przyciągnęła mnie do siebie i zaczęła całować. Szminka jej się rozmazała.. Ale to prawda, jej usta były tak smakowite. Nie mogłem się oprzeć jej ciału..

Wydawać by się mogło, że to tylko przelotny romans. Czasem robiliśmy to w jej pracy na zapleczu, kiedy koleżanka wychodziła na lunch. Częściej wieczorami w moim domu. Była tak napalona.. Myślałem, że wygrałem los na loterii, która kobieta w dzisiejszych czasach sama rozpina facetowi spodnie i pragnie seksu? Pół roku później wzięliśmy ślub i żyliśmy zgodnie do 2013 roku. Niestety nie mogliśmy mieć dzieci. Nie wiem z czyjego powodu, ale to nie jest wcale ważne.. Może starczy tej ckliwej opowieści. Pora na konkrety

-Rafale, mów tak jak Ci wygodnie. My chętnie posłuchamy całej historii

-Konkrety. W 2013 roku moja żona zachorowała na raka szyjki macicy. Może to przez to nie mogła mieć dzieci? Nie wiem. Walczyła dzielnie, ale niestety odeszła pod koniec roku. W tym momencie zaczyna się  moja dziwna historia. Pewnego ranka odrzuciłem swoja satynową kołdrę. Natalia była odwrócona plecami, często tak lubiła spać. Mówiła, że jej tak wygodnie. Wiadomo jak to z rana, najlepszy byłby mały seksik. Wróciłem do łóżka. Zacząłem ją dotykać po pośladkach, plecach. Płynnie przechodząc do jej jędrnych piersi. Nic nie zwróciło mojej uwagi. Często na początku nie ruszała się, aby podniecić się jeszcze bardziej. Jednakże była strasznie zimna.. to zaczęło mnie zastanawiać.
-Natalko.. nie drocz się ze mną.. Kochajmy się!
Ale ona nic nie odpowiadała. Przerzuciłem ją na plecy, oczy skierowane były w jeden punkt. Musiała się przebudzić przed śmiercią. Była martwa.. zimna.. jak lód. Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Zacząłem krzyczeć. Nie zawiadomiłem lekarza..
Najpierw musiałem się z nią należycie pożegnać. Nic mi nie przeszkadzało, ani jej chłód ciała, ani sztywne kończyny. Zacząłem całować jej usta, mimo chłodu nadal były cudowne. Rękami błądziłem po jej ciele.. Piersi nadal były jędrne.. Nie mogłem uwierzyć w to co zrobiłem. Kochałem się z moją żoną po jej śmierci, a mimo to nadal mi się to podobało. Nie mogłem znieść myśli, że ją stracę, dlatego nie dzwoniłem na pogotowie, a sąsiadom mówiłem, że niestety coraz z nią gorzej i musi leżeć w łóżku. Każdego dnia kochałem się z moją martwą żoną. Niestety już w kolejnych dniach jej cipka była zbyt ciasna, ale to nie przeszkadzało mi w zabawianiu się z nią. Wiecie jak cuchną zwłoki po tygodniu? Ogromnie.. cała woda z jej ciała wsiąkła w nasze łózko. Nie mogłem już w nim spać. Musiałem wietrzyć pokój, bo nie dało się wytrzymać. Myślałem, że już po mnie.. że policja mnie aresztuje. Nawet zima za oknem,  nie pomagała w dalszej konserwacji. Nie miałem wyboru, musiałem uciec z mieszkania. Spakowałem najważniejsze rzeczy, postarałem się o fałszywe dokumenty i uciekłem. Mój fetysz strasznie się zaostrzył. Brak kobiety, brak możliwości zaspokojenia swoich ambicji sprawił, że szukałem wszelkich możliwych uciech.

Kobiety w burdelu nie pomagały. No może jedna z nich..
-Też była blondynką ?
-Nie.. ta była ruda. Kolor włosów nic dla mnie nie znaczył. Wynająłem ją na cały weekend. Zapłaciłem ekstra i zaprosiła mnie do siebie. Była świetna w łóżku. Nadal roztaczała pożądanie, mimo wykonywanego "zawodu". Możecie uznać mnie za wariata, ale zważając, że każdy z was ma taki problem, to jak już raz zasmakuje się seksu z trupem, ten z żywym nie ma znaczenia. To już nie to samo. Tracisz chęć do zadowalania kobiety. Jak bzykasz się z trupem to myślisz tylko o swojej przyjemności. Czujesz się panem świata, jesteś wyzwolony.
 Powiedziała, że idzie się przebrać dla mnie. Poszedłem do jej kuchni. Muszę przyznać, że była nieźle urządzona. Białe kafelki i brązowe meble z żółtymi blatami. Pojedynczy zlew.. a obok.. stojak na noże. Wziąłem największy zakończony ząbkami. Pewnie służył do krojenia chleba. Wystarczyło zadać jeden cios i po wszystkim. Zdążyłem podejść do drzwi łazienki, kiedy wychodziła. Zamachnąłem się i wbiłem jej nóż prosto w serce. Jej oczy skupiły się na moich. Wydało mi się to jeszcze bardziej pociągające. Zaczęła krwawić, ale co to dla mnie ? Zacząłem ją rozbierać. Wszedłem w nią bez żadnych skrupułów.. Dotykałem jej piersi, przez co moje ręce były całe we krwi. Po stosunku, wyjąłem z niej nóż, obmyłem dłonie, założyłem kurtkę i wyszedłem. Po 10 przypadku z kolei stwierdziłem, że trzeba mi pomóc dlatego jestem tutaj. Na spotkaniu dla anonimowych nekrofilów. Ładnie brzmi.

-Rafale, my nie oceniamy ludzi. Każdy z nas ma problem z trupami. Podniecają nas! Ale byli wśród nas Ci, którym się udało i wierzymy, że nam też może..

***

Tak było przed wybuchem całej tej apokalipsy. Policja nie miała na mnie dowodów, bo zawsze starannie myłem zwłoki po stosunku, a do używałem prezerwatyw. Kiedy znaleziono moją żonę, była w takim stanie rozkładu, że  mojej spermy i odcisków palców nie znaleźli. Byłem w każdej gazecie jakiś miesiąc. Poszukiwali mnie, bo może czułem się zagubiony i uciekłem. Może trzeba mi pomóc. Brednie! Bawiłem się przednio. Co ważniejsze.. nie dałem się złapać.

Potem wybuchła ta cała apokalipsa. Byłem szczęśliwy bo prawo przestało istnieć. Zastanawiacie się pewnie jak się o tym dowiedziałem? Cóż.. przy zabójstwie kolejnej ofiary. Klaudia była brunetką. Kiedy się z nią kochałem, zaczęła sapać, charczeć. Ogromnie się przestraszyłem, bo chciała mnie zjeść? Nie wiem czy mogę tak to nazwać. Czym prędzej się podniosłem i roztrzaskałem jej głowę..

Apokalipsa dała mi nowe możliwości, teraz nie musiałem nikogo zabijać. Oni wszyscy byli martwi. Wystarczyło tylko zablokować im ręce i usta, czasem też nogi. W zależności jak waleczny był zombiak. Bzykałem się z młodymi, ze staruszkami, wszystkim co się rusza. Apokalipsa stała się dla mnie rajem. Nie musiałem bać się policji i mogłem zaspokajać swoje żądze kiedy tylko chciałem. Ale samym bzykaniem nie da się żyć. Wszystkie puszki, zupki w proszku, konserwy zjadłem w przeciągu pół roku (to się nazywa zaopatrzenie- ale jak szuka Cię policja to często nie wychodziłem z domu po miesiąc). Niestety z miesiąca na miesiąc zombiaki przestały mnie fascynować. Spotykałem czasem samotne kobiety, które potrzebowały pomocy. Cieszyły się, że już nie będą same. Większość szukała swoich mężów, którzy wyszli do pracy w dniu aplikacji szczepionki i próbują się odnaleźć. Niestety zabijanie było dla mnie bardziej podniecające. Każda napotkana żywa kobieta, stawała się dla mnie celem. Młotek, nóż, śrubokręt, wystarczały do zabicia moich obiektów. Potem wiele seksu, bo przecież trupa nie boli głowa. Po jakimś czasie przemieniały się  w szwendaczki, więc miałem podwójną radość. Zauważyłem, że jedne szybciej się przemieniały od drugich. Wiedziałem, że jeśli wyceluje w głowę to nie przemieni się dla mnie. A do tego nie mogłem dopuścić. Często po wszystkim zostawiałem szwendaczkę i wychodziłem w poszukiwaniu nowej. W między czasie nauczyłem się ucinać im ręce i żuchwę. Czego to się człowiek nie uczy, żeby tylko przeżyć.

Nie mogłem niestety podróżować sam, bo z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok zombiaków było coraz więcej. Musiałem poszukać grupy, ale swój sekret zachowam dla siebie. Nie muszą wiedzieć, co lubię robić w wolnych chwilach. Raz miałem taką grupę, nawet okazało się, że lubią w wolnych chwilach robić to co ja. Chodziliśmy po Bemowie w poszukiwaniu jedzenia, kiedy na salonie optycznym dostrzegliśmy bardzo ładną kobietkę. Jej historia nie skończyła się za ciekawie, bo troszkę ją oszukaliśmy i zajęły się nią zombiaki. Jej koleżaneczka trochę bluźniła przez pierwszą chwilę. Nawoływanie Iwony, a potem rzucanie mięsem pośród szwendaczy to zły pomysł. W odpowiednim momencie uciekliśmy, ale ona nie miała tego szczęścia. Po wszystkim udało nam się wziąć ich ciała. Trochę straciły wnętrzności, szwendacze głównie interesują się jelitami. Mieliśmy wtedy świetną orgię z chłopakami. Każdy robił z nimi co chciał. To mnie wkurzyło.. bzykanie nie należało tylko do mnie. Dlatego w nocy podczas warty zabiłem ich wszystkich, pozwalając im się przemienić. Musiałem poszukać nowej grupy.



*** 
-Dlaczego jesteś sam?
-Była taka okropna sytuacja, w której straciłem całą swoją grupę. Czuję się tak okropnie zagubiony. Nie zdziwię się, jeśli nie będziecie chcieli mnie przyjąć do siebie..
Ona była bardzo ładną kobietą. Brudne obranie tylko dodawało jej seksapilu. Jemu chyba nie można ufać. Cwaniaczek, elegancik. Nawet podczas apokalipsy. Odeszli kawałek dalej, żeby ugadać, co ze mną zrobić, ale i tak wiedziałem, że mnie przyjmą. To są tego typu ludzie, którzy biorą nowych, nawet jeśli nie wiedzą o nich nic.
***

-Jak myślisz Kamil, możemy mu ufać?